lulu 2016-11-10T16:30:22+00:00

lulu_s

Historia mojej właściwej choroby jest krótka, ale jestem pewna na długie jeszcze po…

W 2001 r. pojawił się w mojej prawej piersi mały guzek, tak 0,5 cm. Strach wtedy był, czy bardzo duży, już nie pamiętam. Badanie USG nie wykazywało nic groźnego. Nawet lekarz sugerował, że można to poobserwować, ale ja zdecydowana byłam na postępowanie radykalne. Chirurg w małym powiatowym miasteczku pięknie, prawie jak chirurg plastyczny, wyciął mi, jak się po badaniach histopatologicznych okazało, włókniaka. Ulga. Więc dlaczego dopadło mnie, jakieś dwa tygodnie po operacji, przygnębienie a później być może depresja, krótka, ale głęboka. Wspominam te dwa, może trzy dni jako najczarniejsze w moim życiu. Był to czas kiedy wydaje mi się, że zrozumiałam co czują osoby, które decydują się na krok ostateczny.

Szłam przez miasto i miałam przejść przez wiadukt, i bałam się. Bałam się przejść, bo nie byłam pewna mojego zachowania. Zatrzymałam się na chwilkę. To wystarczyło. Przeszłam szybko i to przejście okazało się dnem od którego zaczęłam się odbijać.

Nigdy nie mówiłam o tym nikomu. Może wstyd był tego powodem, a może obawa o brak zrozumienia. Przecież nic takiego się nie stało.

DIAGNOZA

W listopadzie 2007 r. siedziałam sobie w domu oglądając TV, nagle poczułam ukłucie, tylko jedno, po prawej stronie. Zdziwiona pomyślałam: czyżby moje serce nagle przewędrowało? Przejechałam ręką po prawej piersi. Nie wyczułam nic, ale towarzyszyło temu dziwne, nieokreślone uczucie. Powtórzyłam ten ruch i … podobne odczucie. Niepokój. Zaczęłam ruszać ręką i dalej sprawdzać, i w pewnym momencie coś wyczułam. Okazało się, że tylko wtedy gdy podniosę rękę mogę to „coś” wyczuć.

Następnego dnia wizyta u lekarza. Kretyńskie przepisy, które nie pozwalają na to, aby lekarz pierwszego kontaktu dał skierowanie na USG piersi. Na brzuch już może dać. Więc umowa taka, że mam skierowanie na USG brzucha, a przy rejestracji mam powiedzieć o co chodzi. Dnia 8.11.2007 r. USG. Ostatnie zdanie na opisie: „Wymaga pilnej kontroli onkologicznej. Biopsja?” i słowa lekarza: „Niech Pani tego nie lekceważy, nie patrzy że idą święta”.

TO WYSTARCZYŁO MI, ABY RUSZYĆ OSTRO DO BOJU

Trzeba zarejestrować się do onkologa, więc idę. Do końca roku już nie ma miejsc, a na nowy jeszcze nie ma zapisów. Świetnie. Czy jestem w stanie zatrzymać rozwój tego „cosia” do chwili wizyty u onkologa? Chyba jednak nie.

Postanowiłam pójść na najbliższy termin przyjęć i cierpliwie czekać, aż lekarz przyjmie wszystkich pacjentów i wtedy wejść. Tak też zrobiłam. W poczekalni spędziłam pięć godzin, ale weszłam do gabinetu. W pierwszej chwili pani doktor, dowiedziawszy się, że nie jestem zarejestrowana, nie omieszkała okazać swojego niezadowolenia. Padły nawet słowa o wyjściu z gabinetu. Podając wynik USG powiedziałam, że mogę wyjść, ale mimo to proszę o zerknięcie na opis. Jeden rzut oka na papier i zmiana nastawienia. Skierowanie na biopsję i słowa lekarza: „z wynikiem do mnie poza kolejnością”.

Teraz już nadszedł czas aby poinformować męża. Na biopsję musiałam jechać do Gdańska. Nie wiedziałam jak będę się czuła po badaniu, czy będę mogła prowadzić samochód i wolałam mieć koło siebie bratnią duszę.

Tuż przed „Św Mikołajem ” 05.12.2007 r. odbiór wyniku biopsji. Trudno być mocno zaskoczonym takim wynikiem jak obserwowało się zachowanie lekarzy, ale jednak.

No to z wynikiem do lekarza. Sobota 08.12.2007 r. zbieram się na wizytę … oj gdzieś się zawieruszyły moje wyniki. Szybkie przeglądanie torebki, może gdzieś na szafce? NIE MA. Przecież bez wyniku nie mam po co iść. Starałam się uspokoić, pomyśleć co mogło się stać. Nagle olśnienie. Aby ułatwić Pani doktór robimy ksero naszych dokumentów. No tak, wzięłam je ze sobą jadąc do pracy i zostawiłam je właśnie tam. Trudno, sprawa beznadziejna. Nie mam możliwości wydobycia moich wyników.

Wizyta odwlekła się o tydzień.

Dostałam skierowanie do szpitala. Telefon poszedł w ruch. Sprawdzanie gdzie można na najwcześniejszy termin. Druga połowa stycznia najwcześniej. Na pytanie: „Czy nie można przyśpieszyć?” odpowiedź: „Chyba że zwolni się miejsce”. Udało się znaleźć szybszy termin.

Będę miała odlotowego sylwestra. Tylko przed sylwestrem są jeszcze święta. Od momentu rozpoczęcia całej afery nie płakałam. Wigilii się bałam, wtedy miałam poinformować moich gości-rodzinę o tym, że po świętach idę na operację. W aptece poprosiłam o lekkie leki uspakajające, jeszcze w pracy wzięłam … aby na czas zadziałały. Udało się, leki wraz z zaciśniętymi zębami pozwoliły wytrzymać … choć przy składaniu życzeń było ciężko. Szczególnie jak ktoś życzył zdrowia … jeszcze wtedy nic nie wiedzieli, po co miałam psuć zabawę. Dopiero jak pierwsi uczestnicy zbierali się do domu, to poinformowałam o moich najbliższych planach. Może niezbyt wyraźnie to powiedziałam, bo moja chrześnica już od siebie z domu zadzwoniła, aby upewnić się czy dobrze słyszała o tym szpitalu, a synowa po jakimś czasie miała pretensje, że Ona zawsze się dowiaduje ostatnia.

30.12.2007 zameldowałam się w szpitalu. Rozmowy z chirurgami na temat operacji. Próbuję uzyskać sugestię od fachowców jaką podjąć decyzję. Mur i skała, wreszcie jeden po ogromnych moich usiłowaniach przeciska przez zęby „co własna pierś to własna”, drugi wytrzymał do końca. Dopiero na moje słowa, że skłaniam się ku całkowitej amputacji odpowiedział: „idzie pani w dobrym kierunku”.

NASTĘPNEGO DNIA NA STÓŁ OPERACYJNY

Wybudziłam się na sali pooperacyjnej po południu. Przy moim łóżku siedziała Mireczka – złote serce. Siostra mojej bratowej. Musiałam wstać za potrzebą, ale Ona zaprotestowała (pielęgniarka z wykształcenia) i chciała podać basen. No to jej odpowiedziałam, że się boje wody i na basen to chodziłam z dziećmi jak były małe i to tylko w brodziku. Powędrowałam więc ze stojakiem … bom ogromnie przywiązana była do kroplówki. Mirusia za mną, drzwi nie pozwoliła zamknąć. Bólu nie czuję to i humor jest.

Na Nowy Rok nowa, ale zwykła sala, sylwester tylko na pooperacyjnej. Sala ładna duża, nawet kilka łóżek wolnych. Nowe doświadczenia. Nowe znajomości. Tak po przekątnej leżała pani, która miała operację jelit.. Okazało się że jest też amazonką. Od niej pierwszej dowiadywałam się jak żyć dalej. Była starsza ode mnie, ale bardzo pogodna.

Przyjechał mój mąż z córką. Ona była na sylwestra (na szczęście udało mi się namówić ją na to) u koleżanki w Warszawie, On sam w domu. Zjechali się tu razem. Patrząc na mojego męża zdałam sobie sprawę, że bardziej go to dotknęło niż mogłabym się spodziewać. Siedział sobie biedak nieogolony, wymęczony, bezradny i wtedy pomyślałam, że żadnego głupiego numeru nie mogę mu wykręcić. Zdałam sobie sprawę z tego, jak mało wiemy my chorzy o tym co czują nasi bliscy. Dla nas sprawa jest prosta. Choroba już jest i cała siła jest skierowana na walkę z nią, a Oni być może mają o wiele gorszą sytuację, kiedy zdają sobie sprawę ze swojej bezsilności.

W środę 2.01.2008 r. podczas obchodu ordynator kazał mi podejść bokiem do ściany i „wędrować prawą ręką po ścianie” i tu porażka. Ręka ledwie przekroczyła kąt 90 stopni. Pojawił się ból. Krótka riposta ordynatora: „ćwiczyć bo zostanie przykurcz”, zapytał jeszcze czy była rehabilitantka, zgodnie z prawdą musiałam zaprzeczyć. Kazał przysłać.

Po obchodzie przyszedł chirurg który mnie operował. On pierwszy pokazał że nic się nie stanie jeśli prawą rękę, leżąc na wznak, uniosę aż za tył głowy. Pomógł mi przy tym ćwiczeniu , pomógł mało powiedziane, On mi tą rękę powoli ale stanowczo złapał i przełożył ponad głowę, mimo że ból wraz z podnoszeniem ręki narastał, ale tylko do pewnego momentu, później już nie było bólu. Myślałam, że ręka urwana. Uspokoił mnie że nie ma żadnego zagrożenia w tym ćwiczeniu. Pani rehabilitantka okazała się krajanką. Pochodziła z mojej okolicy. Odbyłyśmy dwa wesołe seanse rehabilitacyjne. Ćwiczenia i szukanie ewentualnych wspólnych znajomych. Wyposażona w ksero zestawu ćwiczeń, po pięciu dniach wyszłam ze szpitala, Nie mogę nie opisać ostatniej nocy spędzonej w szpitalu. Istna „zielona noc”. Do naszej sali przyjęto pacjentkę z dość dużą wadą słuchu i zasobną w dwuzłotówki, które wrzucało się aby oglądać TV. Jak łatwo się domyśleć jej było obojętne jak głośno nastawiony jest telewizor. Około dziesiątej poprosiłyśmy pielęgniarki o ściszenie głosu. Owszem zrobiły to, ale po przełączeniu na inny kanał i to w dodatku jak się trafiło na reklamę ……. koszmar. Naprzeciw mnie leżała pani która namiętnie słuchała radia z Torunia (niby przy uchu ale jednak bez słuchawek). Z jednej strony TV z drugiej radio. … obłęd.. Nic to, ja jutro wychodzę, dam radę. Około północy zerwał nas na nogi dźwięk który przypominał sygnał alarmu aparatury kontrolnej. Zbiegły się pielęgniarki bo jedna z pacjentek, właśnie ta amazonka, była podłączona. Aparatura była w porządku, okazało się że to radio włączyło się … armagedon. Dopiero po wyciągnięciu wtyczki z kontaktu zapanował spokój.

Po powrocie do domu cała moja uwaga skupiona była na ćwiczeniach ręki. Bardzo bałam się braku sprawności. Całe godziny ćwiczeń. Początkowo nie obyło się bez zwątpień czy da się przywrócić sprawność. Pod koniec dnia uważałam że mam już jakieś osiągnięcia, ale po przespanej nocy następnego dnia wracałam do punktu wyjścia. W połowie lutego mogłam już uznać, że postępy są wyraźne. Tak dobrze mi szło, że rozważałam nawet powrót do pracy od marca. Moje zapędy ostudziło ostrzeżenie od mojej ręki. Uznałam że jest już O.K. i zaczęłam się zachowywać jak całkiem zdrowa. Po trzech dniach braku ćwiczeń pojawił się obrzęk. Likwidowałam go dłużej niż trzy dni.

ZDECYDOWAŁAM JEDNAK, ŻE OD KWIETNIA WRÓCĘ DO PRACY

Czasem tylko wracałam wyślą do roku 2001. Zastanawiałam się, czy może mnie dopaść „tamto samopoczucie”. Żadnych oznak tego nie zauważałam, ale tłumaczyłam sobie, że to pewnie jeszcze mnie trzyma stres. Od listopada 2007 r. nie uroniłam jednej łzy, nie miałam żadnych niepotrzebnych myśli, nie miałam żalu o to co się stało. Nic tylko stres trzyma.

Chyba jednak nie trzymał mnie stres. Uknułam sobie wtedy teorię, że doświadczenie z 2001 r. było szczepionką dla mnie. Tyle razy byłam w różnych niebezpiecznych sytuacjach. Jako cztero-pięciolatka zaliczyłam dziesięciokilową śrubę z kotarą od kulis, na scenie… spadła mi na głowę … to wiele rzeczy wyjaśnia, szczególnie jak mówią, że jestem walnięta. Wypadek na motorze, przedłużyłam sobie pobyt u znajomych, aby mama nie dowiedziała się o tym. Trzeba było wyleczyć te wszystkie otarcia na skórze. Ucieczka samochodem na pobocze, aby uniknąć czołowego zderzenia, zatrzymałam się kilka centymetrów przed drzewem. Udawało się.

Teraz też się uda, bo inaczej być nie może. Pozostaje mi tylko podziękować mojemu Aniołowi Stróżowi, bo biedaczek nie miał najłatwiejszego zadania … ale wykazać się za to mógł.

PAŹDZIERNIK 2010

Lada dzień zamknę kolejny rok.

Zastanawiam się tylko, czy zgodnie z moją teorią stresu, on puszcza już. W tym roku troszkę długo potrzymał mnie ch…owy nastrój, jak na mnie to zbyt długo … pewnie pomylił sobie adresy … trafił przez pomyłkę … tylko co go tu tak trzymało

CZERWIEC 2011

Może by nie było źle, gdyby nie trudności ze znalezieniem pracy. Równo rok po operacji, grudzień 2009 r., objęła mnie redukcja, jeden rok spędzony na zasiłku dla bezrobotnych i ciągłe szukanie pracy. W tym roku udało mi się popracować pół roku … i dalej jestem w punkcie wyjścia. Nie jest to komfortowa sytuacja dla mnie, tym bardziej, że mąż jest na rencie … najniższej … jaka jest przyznawana.

SIERPIEŃ 2012

Coraz szybciej mija czas. Pracę na razie mam.

Bywa, że oglądam się wstecz. Tyle się wydarzyło od pamiętnego sylwestra.

Trzy lata temu urodził mi się trzeci wnuk, którego dumna i szczęśliwa babcia wniosła do kościoła na chrzciny. Syn mieszka bliziutko kościoła i całą ferajną poszliśmy na pieszo … a ja na czele z wnusiem na rękach.

Była to dla mnie dziwna chwila. Wchodząc do kościoła dziękowałam Bogu za dwa życia. To moje nowe i to maleńkie co się zaczynało.

A cała poznana wspaniała ferajna amazonkowa. Dziwnie to zabrzmi, ale to dzięki chorobie …

Półtora roku temu mój brat zachorował na szpiczaka. Jestem przekonana, że gdybym nie miała swojego doświadczenia, nie miałabym też tej wiary w to, że mu się uda.

Jeszcze przede mną ważna uroczystość, ślub córki. Prawie pięć lat temu tak daleko nie wybiegałam w przyszłość. Wolałam nie myśleć co, kiedy, jak będzie. Teraz też mam kłopot z robieniem planów, nie cierpię tego … więc nie widzę powodu do zmuszania się. A poza tym zacytuję motto Dani „Chcesz rozśmieszyć Boga… Opowiedz mu o swoich planach.. ” No po co mam się ośmieszać.

Hoduję domowe kwiatki, co roku na balkonie uprawy doświadczalne. W zeszłym roku pomidory, w tym truskawki. Mijają kolejne miesiące i jest dobrze, słońce, deszcz, wiatr, śnieg … i niech tak trwa.

lulu