Nasze historie 2016-11-10T16:38:54+00:00

Nasze historie

roma_jasnetlo

Amor

Sens minionych pięciu lat.

Dzisiaj mija 5 lat od zakończenia radioterapii. Chyba wtedy nie wierzyłam, że będę kiedyś mogła to powiedzieć. Moja podświadomość nie pozwalała na niewiarę, ale gdzieś tam głęboko drzazga zwątpienia robiła swoje.

W styczniu 2006 roku, przed prawie codziennymi zajęciami step-aerobiku miałam zaplanowaną wizytę w Poradni Schorzeń Sutka. Od lat, co pół roku, będąc w grupie zagrożenia wykonywane miałam USG piersi i co jakiś czas mammografię. Ta ostatnia, dwa miesiące wcześniej, nie wykazała nic niepokojącego. Niestety w tym dniu nie dane mi było poćwiczyć. Oznajmiono mi, że mam guza o wielkości 11mm. Od razu wykonana została biopsja i w dwa tygodnie zaplanowany zabieg usunięcia „intruza”. Poukładany, szczęśliwy świat runął. Fala strachu,, przerażenia, niepewność jutra i ogromny ból, że zgotuję mojej córce los jaki mnie zgotowano. Pamiętam emocje, samotność i rozpacz, gdy chorowała latami moja mama i gdy opuściła mnie -18-letnią ofiarę losu. Moja jedynaczka skończyła zaledwie tydzień wcześniej tyle samo lat, a ja dziękowałam wówczas Bogu, że mogłam ją wychować.

W ciągu kilku dni (nie wytrzymałam napięcia i znajomy chirurg wziął mnie na zabieg) byłam już po amputacji. Miałam badanie śródoperacyjne, przywieziono mnie na salę, a moja koleżanka w dobrej wierze powtarzała mi :”masz pierś i wszystko jest ok”. Niestety czekała mnie kolejna trauma – wejście na salę lekarza i słowa „Niestety musimy wracać na salę operacyjną – to rak”. Chirurg usilnie namawiał mnie, przygotowaną już do operacji bym pozwoliła na oszczędzenie piersi. Ale nie, ja chciałam szybko mieć za sobą leczenie by móc też szybko wrócić do swojego zrozpaczonego dziecka. Czekanie na wynik – straszne dni, życie w napięciu, przerażeniu, bezsilności i bólu. Na szczęście węzły były czyste, guz stosunkowo nieduży a złośliwość najmniejsza. Niedobrze, że guz był niehormonozależny. Wybrałam leczenie 4 AC, szybkie, ale agresywne (mogłam się zdecydować na żółtą chemię, czyli 12 dawek z tzw. włosami ) i rozpoczął się bardzo trudny dla mnie czas.

WSPARCIEM BYŁ WÓWCZAS MÓJ NIEZASTĄPIONY MĄŻ

Cierpienie emocjonalne było chyba dużo silniejsze niż fizyczne. Ciężko znosiłam „wlewy”, na szczęście po kilku dniach odzyskiwałam apetyt i nadrabiałam straty. W tym czasie opatrzność pozwoliła mi znaleźć w Internecie forum dla amazonek. Jak dobrze było wówczas poznać swoje „siostry od piersi”. Kogoś, kto czuje to samo co ja, kogoś, kto rozumie bez słów, dzieli ze mną ból i wspiera, bo wie jak wielki jest to ciężar. Pojawiła się radość, humor, śmiech i wiara w to, że prawdziwe życie jest możliwe po raku. Nowe przyjaźnie, najpierw wirtualne, potem realne spotkania, nasze „Sabaty” w Ciechocinku, które do dziś organizuje jedna z „naszych”. To wszystko dawało nadzieję, pozwalało przetrwać najtrudniejsze.

Największym jednak dla mnie zmartwieniem było, by moja córka mogła przez to przejść bez ran. Niestety to nie było możliwe, a mój ból wewnętrzny trwał. Potem życie – od badania do badania, niewiara we własne zdrowie i swoją siłę. Mimo iż ćwiczyłam, maszerowałam, prowadziłam relaksację, uśmiechałam się na siłę do siebie, modliłam, krzyczałam do Boga, gdzieś w środku coś jeszcze doskwierało.

W STYCZNIU KOLEJNE KONTROLNE BADANIA

Wydawało mi się, że pod blizną jest małe wzniesienie. Lekarz badaniem USG wykluczył zmianę. Mnie nie dawało to jednak spokoju, umierając z przerażenia, odwiedziłam innego. Od razu biopsja i znów wyrok. Koszmar, strach, ból, wściekłość, żal, rozpacz, bezsilność, poczucie, że „ktoś” chce mnie zabić, skrzywdzić. Te wszystkie myśli przelewały się przez moją głowę. A mnie wciąż wydawało się, że ja już kiedyś przecież miałam raka, przeszłam przez tę chorobę i zakończyła się ona tragicznie – to była trauma związana ze śmiercią mojej mamy. Spaliłam wszystko co miało dla mnie sentymentalną wartość. Chciałam zerwać z przeszłością, moją wrażliwością, emocjonalnością. Obwiniałam się za chorobę.

Usunięto mi guzek (8 mm) i całą bliznę – tak zadecydował chirurg, który operował mnie za pierwszym razem. Trudno opisać jak bardzo przytłoczoną się czułam. Życie było zbyt ciężkie, dźwigany krzyż- nie do zniesienia. Potem był wynik : hormonozależny guz! I to było pozytywne, bo na szczęście nie czekała mnie przerażająca, przygnębiająca chemia, ale radioterapia i tamoksifen (lek -antyestrogen ) na 5 lat .

W kwietniu tego roku już zakończyłam branie leku, który był dla mnie ratunkiem, nadzieją i prawie bezproblemowym dziennym obowiązkiem (nie miałam skutków ubocznych) a wczoraj 5 rocznica ostatniej radioterapii. 4 ostatnie lampki dostałam wówczas na jajniki, by rozpocząć menopauzę. To były lata spokoju jeśli chodzi o zdrowie, chociaż nerwy towarzyszyć już będą do końca życia wszystkim badaniom i każdej dolegliwości.

TA CHOROBA JEST JUŻ Z NAMI NA ZAWSZE

Trzeba ją tylko oswoić. Czasem połasić się do niej, czasem pokrzyczeć, wypędzić i naładować się na kolejne dni, miesiące i, daj Boże, lata walki. Trzeba odnaleźć w sobie spokój, siłę , coś co daje radość, pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość. Czasami musimy odmienić życie, siebie samych i wciąż szukać nowych dróg, nowych sposobów na przetrwanie. Przez pięć lat walczyłam o każdy dzień. Odganiałam negatywne myśli, które jak robaczki próbowały weżreć się w moja duszę, by odebrać mi nadzieję. Każda chwila miała być radosna, pełna, niezwykła, przepełniona sensem i miłością. Oczywiście nie zawsze się to udawało. Szczególnie gdy czekały do odbioru wyniki, kontrola u lekarza a serce waliło ze strachu jak oszalałe. Traumatyczne przeżycia odbierały wiarę w szczęśliwe zakończenie. Każda wizyta w Instytucie Onkologii to trauma ponieważ cierpieniem „zarażają” się inni. Jednak życie nie ma lepszego smaku niż po wyjściu od lekarza, po udanej wizycie, gdy na końcu słyszymy – jesteś zdrowa. Kto tego nie przeżył, nawet się nie domyśla jak wybornie smakuje wówczas każda sekunda.

Te pięć lat to także rozstanie z kilkunastoma przyjaciółkami z forum. Dziewczyny, które chciały żyć, młodsze, starsze, wszystkie rwące się do życia, skrzywdzone przez okrutny los, panny marzące o mężu, mężatki śniące o Pierwszej Komunii synka, samotne spragnione czułości, utalentowane, którym nie dane już stworzyć czegokolwiek. Odchodziły w bólu, świadome straty, wyrwane z kochających rodzin, czasami tylko pogodzone z wyrokiem, z nadzieją na inny, lepszy świat.

Co roku ja też organizuję spotkania parunastu zaprzyjaźnionych amazonek. To tydzień radości, wygłupów, zabawy, śmiechu i wspomnień. Już niedługo znów się spotkamy – ile to daje pozytywnej energii! Tylko trzeba też umieć brać, czerpać z dobrych chwil.

Przez te wszystkie lata jestem też na diecie antyrakowej, która – wierzę, że pomaga, sprzyja zdrowiu. Na pewno jest to widoczne w wynikach krwi, samopoczuciu i sile fizycznej.

Finałem tych moich niezwykłych pięciu lat był ślub i wesele mojej szczęśliwej córki. Niczego piękniejszego nie mogłam sobie wymarzyć! No cóż człowiek zachłannym jest – może teraz jeszcze wnuki.…

Oj, życie jakie Ty piękne jesteś!

b_angel1

Mam na imię Beata, na raka piersi zachorowałam w 2004 roku.

MARZENIA

Marzenia się spełniają, ale jakże przewrotnie.

Kiedy byłam młodym dziewczęciem, żartowałam sobie (niezbyt mądrze), że wyjdę za mąż za marynarza ….. Który będzie zarabiał dużo pieniędzy a jednocześnie nie będzie mnie obciążał_stresował swoją obecnością ….. wykrakałam, niestety ….. i zakochałam się w studencie Wyższej Szkoły Morskiej …..

Później długo musiałam walczyć, żeby zmienił pracę …..

Byłam posiadaczką mikrego biustu i często w żartach powtarzałam, że jak będę miała kiedyś „kupę kasy” na zbyciu, to sobie poprawię humor powiększając biust. Aż wreszcie „słowo stało się ciałem” ale nie miało to niestety żadnego związku z nagłym pojawieniem się nadwyżki finansowej w mojej kieszeni.

DIAGNOZA

Moja „przygoda” z rakiem zaczęła się ponad 6 lat temu. Był wieczór 30 – go września 2004 roku. Siedziałam z rodziną przy stole, przypadkowo dotknęłam piersi (opancerzonych biustonoszem typu push_up) i poczułam ze zdziwieniem małe zgrubienie w jednej z nich …..

Wieczorem podczas kąpieli, sprawdziłam, że owo zgrubienie nie znikło. Panika, lęk, gonitwa myśli … co dalej, gdzie się udać.

Moja wiedza na temat raka piersi opierała się na tym, co przeczytałam w kolorowej prasie kobiecej, tkwiłam więc w przekonaniu, że rak piersi to choroba, która mnie nie dotyczy, bo po pierwsze: miałam dopiero 33 lata, po drugie: nikt w rodzinie do tej pory nie chorował na raka, po trzecie: wedle wszelakich ankiet nie mieściłam się w tzw. grupie ryzyka, ….. Więc skąd nagle takie coś w mojej piersi????????

Szczęśliwie dla mnie lekarka pierwszego kontaktu, do której poszłam była obeznana z problemem (jej mama była świeżo po operacji). Skierowała mnie do prywatnego gabinetu, gdzie akurat trwała akcja „Moje pierwsze USG piersi”. Szybciutko zrobiłam USG i z wynikiem zapisałam się na wizytę do onkologa.
W badaniu ultrasonograficznym i palpacyjnym wszystko wskazywało, że zmiana (o wymiarach 10 mm na 16 mm) w mojej piersi ma charakter łagodny.

Po miesiącu doczekałam wizyty w poradni onkologicznej.
Sympatyczny chirurg, po zapoznaniu się z wynikiem USG oraz po badaniu stwierdził, że guzek w piersi jest na tyle duży, że należy go usunąć (bez weryfikacji za pomocą biopsji cienkoigłowej).
A guzek faktycznie rósł w oczach, najpierw był ledwie wyczuwalny, a po miesiącu widoczny pod skórą, a po dwóch prawie podwoił swoje rozmiary.

Termin zabiegu miałam wyznaczony na 30 listopada//ostatki ….

LECZENIE

Po biopsji chirurgicznej wszystko potoczyło się zawrotnym tempie. We wtorek, 30 listopada, był zabieg wyłuskania guzka, w piątek dowiedziałam, się, że zmiana była złośliwa, w następny poniedziałek ponownie leżałam na stole operacyjnym.
Zrobiłam sobie „prezent Mikołajkowy” w postaci mastektomii metodą Patey’a

DLACZEGO MASTEKTOMIA?

Z uwagi na to, iż miałam bardzo małe piersi a guzek był tuż za brodawką chirurg powiedział, że efekt kosmetyczny zabiegu oszczędzającego byłby znikomy i zaproponował mastektomię.
Poinformował mnie jednocześnie, że po zakończeniu leczenia będę mogła skorzystać z „dobrodziejstwa” chirurgii rekonstrukcyjnej i poddać się operacji odtwórczej piersi.
Po mastektomii zdziwiłam się, że właściwie to wcale nie boli mnie „puste miejsce” po piersi tylko plecy.
Później dowiedziałam się, że to ból na skutek usunięcia węzłów dołu pachowego.

Ze szpitala wyszłam w przeddzień swoich 34 urodzin, trzymając w garści wyniki histopatologiczne (nie_zazbyt optymistyczne) i umówiona na pierwszą chemioterapię tuż po świętach Bożego Narodzenia.
Święta minęły w niespecjalnym nastroju. Myśli przeróżne kłębiły się po głowie. Córcia miała wtedy niecałe 6 lat, syn w maju, następnego roku miał iść do I Komunii.
By jak najszybciej wrócić do pełnej sprawności prawej ręki, codziennie ćwiczyłam w domu według instrukcji znalezionej w Internecie.

Odpukać, ręka wróciła do sprawności i mogę praktycznie robić wszystko to co przed operacją. Wróciłam również do pełnej aktywności zawodowej a pracuję jako nauczyciel – terapeuta z dziećmi niepełnosprawnymi. Najbardziej cieszy mnie to, że mogę nadal jeździć na rowerze a początkowo myślałam, że będę musiała pożegnać się z wycieczkami po leśnych i górskich ścieżkach.

Leczenie uzupełniające polegało na podaniu 6 kursów „chemii” (CMF) zwanej żółtą od koloru jednego z leków. Obyło się bez radioterapii i hormonoterapii.
Utratą włosów zbytnio się nie zmartwiłam ponieważ (nasłuchawszy się opowieści) snułam wizje gęstych, kręconych loków jakie będę miała po zakończeniu leczenia. Ciut się zawiodłam ….. wyrosły troszkę pokręcone ale potem się niestety wyprostowały.

Sensacje tzw. pochemijne były do zniesienia, obyło się bez wiszenia nad toaletą. Z mdłościami radziłam sobie czasami lepiej, czasami gorzej. I jadłam , i jadłam, i jadłam. I tak jak na początku trochę schudłam tak po zakończeniu leczenia okazało się, że mam jakieś 10 kilogramów na plusie.
Ostatni kurs chemii wzięłam pod koniec maja a po wakacjach wróciłam do pracy w mojej szkole.

WSPARCIE

W czasie leczenia ogromnym wsparciem była dla mnie rodzina. Mąż, który zaakceptował mnie bez piersi, jeździł ze mną na kolejne wlewy i znosił wszystkie „pochemijne” humory. Dzieciaki, które od początku wiedziały, że mama jest chora, że miała operację i na czym ta operacja polegała, że musi przejść agresywne leczenie, po którym wypadną włosy.

Poznałam również „smak” prawdziwej przyjaźni. Nasz (mój i męża) przyjaciel, który na bieżąco kibicował nam w trakcie diagnozowania gdy tylko usłyszał o rozpoznaniu i że następnego dnia idę do szpitala na operację bez chwili zastanowienia wsiadł w auto i przejechał 200 kilometrów po to tylko by pobyć z nami „przez chwilę” …..

REKONSTRUKCJA

Następnym etapem mojego leczenia miała być rekonstrukcja. Zabieg odtworzenia piersi była mi potrzebny, abym mogła zamknąć etap leczenia raka piersi w moim życiu, aby poczuć się w pełni zdrową. Mąż początkowo nie był do końca przekonany obawiając się kolejnych operacji i bólu. Lecz widząc, że jestem w pełni zdecydowana na ten krok zaakceptował moją decyzję.

Myślałam o rekonstrukcji bardzo intensywnie i zbierałam siły by zrobić pierwszy krok w tym kierunku.

Zaczęłam w Internecie szukać informacji na temat operacji odtwórczych oraz placówek, gdzie mogłabym poddać się takiemu zabiegowi. W ten sposób, pod koniec sierpnia 2005 roku trafiłam na forum dla kobiet zmagających się z rakiem piersi – amazonki.net. Trafiłam, poczytałam, zarejestrowałam i wsiąkłam tam na prawie 8 lat.

W lutym 2007- go roku po wielu miesiącach nadszedł wreszcie długo oczekiwany przeze mnie dzień. Operacja odtwórcza piersi wykonana została z zastosowaniem ekspanderoprotezy Beckera. Mam wszczepiony ekspander, który stopniowo powiększał się podczas dolewania soli fizjologicznej przez specjalną zastawkę.
Kolejnym etapem był rekonstrukcja otoczki wraz z brodawką. Później poddałam się również zabiegowi powiększenia drugiej piersi.

I tym sposobem moje leczenie onkologiczne uznałam za zakończone.

Forum AMAZONEK

Na tym portalu szybko z anonimowego „czytacza” przeistoczyłam się w aktywnego członka tej społeczności. Następnym etapem było zaangażowanie się w pracę moderatora//administratora serwisu.

Poznałam w tej cyberprzestrzeni wiele wspaniałych kobiet, nawiązałam przyjaźnie.

FUNDACJA „No pasaRAK”

Po latach pracy na rzecz portalu Amazonki.net przyszła pora na nowe wyzwania. Wraz z przyjaciółkami zaangażowałyśmy się w powołanie do życia Fundacji Onkologicznej „No pasaRAK” oraz w tworzenie wirtualnego klubu dla amazonek – www.amazonka.org.pl Wierzę, że w ramach tej działalności uda mi się, po raz kolejny, pomóc choć troszkę kobietom, które stoją na początku tej trudnej drogi, jaką jest zmaganie się ze „skorupiakiem”.

GARŚĆ REFLEKSJI

Minęło już prawie 9 lat od diagnozy//mojego życiowego zakrętu. Za mną kilka operacji, agresywne leczenie, utrata włosów, nowe włosy, nowe piersi ….. Przede mną całe życie …..

Zmieniłam się ciut. Kiedyś byłam sfrustrowana, ponura z wszechogarniającym poczuciem beznadziei, monotonii życia. Teraz staram się sama kreować swoje życie, by nie czuć się bezradna wobec tego, co przynosi każdy dzień. Cieszę się tym, co mam, doceniam drobiazgi. Uśmiecham się do ludzi, do życia.

Jeżdżę na rowerze, desce, chodzę na basen, tai chi, zapisałam się na taniec brzucha. Staram się żyć zgodnie z maksymą: „żyj tak jakby każdy dzień miał być twoim ostatnim”.

Zapisałam się do klubu Amazonek w moim mieście, ukończyłam kurs szkoleniowy dla Amazonek – Ochotniczek, chcę pomagać i pomagam innym kobietom, które zmagają się z rakiem piersi.

maj 2013

b_angel

joanna_s

Mam na imię Asia, mam 31 lat i jestem Amazonką… trudno mi tak o sobie myśleć, trudno mówić…

WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ OKOŁO DWÓCH LAT TEMU

Wcześniej nic nie wskazywało na to, co miało się wydarzyć, piersi jak piersi – raz zbadał mi je ginekolog, co jakiś czas widziałam w przychodni plakat z instrukcją samobadania. Czasem próbowałam się badać, ale nie byłam w stanie nic stwierdzić – „piersi o utkaniu gruczołowym”, twarde i niejednolite.

A MOŻE TO JUŻ BYŁO TO?

We wrześniu 2009 podczas kąpieli czy wycierania się zauważyłam, że lewa pierś, na dole, jest twardsza. Wyraźnie wyczuwalny fragment, dość płaski, o średnicy około 3cm. Zaniepokoiło mnie to, ale nie na tyle, bym poszła do lekarza. Przeciwnie, co jakiś czas sprawdzałam to miejsce z nadzieją, że to „podejrzane” zniknie… Nie znikało :-/

Potem uwagę na „podejrzane” zwrócił mi mój chłopak Kuba, następnie Pani Ginekolog zapytała czy z piersiami wszystko w porządku… Nie mogłam dłużej udawać, że nic się nie dzieje.

1 października poszłam do lekarza pierwszego kontaktu, od którego dostałam skierowanie do Poradni Chorób Piersi.

Tam wyznaczono mi termin na za tydzień. Denerwowałam się, nie dawało mi to spokoju… z tego wszystkiego zapomniałam nawet o urodzinach Kuby!

Pan Doktor w Poradni Chorób Piersi przeprowadził wywiad (siostra mojego taty chorowała na raka piersi), zbadał mnie (nie był zadowolony) i wypisał skierowanie na USG piersi.

Na USG okazało się, że mam w tej podejrzanej okolicy dwie zmiany 4-5x9mm – biopsja na CITO!

NO I POLECIAŁO…

Pamiętam, że byłam wtedy jakoś poza tym, nie dopuszczałam do siebie tego, co się dzieje, że to może być coś złego…

Wynik biopsji miałam odebrać 2 listopada. Poszłam sama, przekonana, że nie dowiem się niczego złego.

Weszłam do gabinetu, a tam Pan Doktor: „Hmmmmm, co my tu mamy… Aha, dwie zmiany w piersi… hhmmmmmmm… no tak, miała pani biopsję… hmmmmmm, no… aha, mam wynik… hmmmmmm, no… w obu zmianach są KOMÓRKI RAKOWE”
…………………………………………………………………………………………………………………………………………
Jakbym dostała cegłą w łeb…………… wszystko wokół mnie zawirowało, oczy mi się zaszkliły, pociekły łzy… siedzę i ryczę…

A Pan Doktor kontynuuje: „no ale proszę się nie przejmować (jak się nie przejmować jak się ma raka!!!!!!!!!!) to się leczy. Dam pani skierowanie do Szpitala Onkologicznego, proszę tam się zgłosić, najlepiej jutro, tylko wcześnie rano, bo są kolejki” !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! A ja siedzę i ryczę i mam milion myśli w głowie, wszystkie z kategorii: mam raka = umrę.

WYSZŁAM, USIADŁAM W POCZEKALNI I RYCZĘ…

I nie wiem co zrobić…zadzwonić do kogoś? Ale do kogo?… do Kuby. Ale co mu powiem??? Że mam raka i umrę???????????

Masakra, to były najgorsze z przeżyć, jakie mnie spotkały przy okazji raka!

Zadzwoniłam, a On ze spokojem powiedział: „To będziemy się leczyć.”

Tak też zrobiliśmy.

Następnego dnia rano pojechaliśmy do Bielskiego Centrum Onkologii. Z kolejką nie było tak źle, w okienku dostałam nr 10, ale jak przyszedł lekarz od razu mnie zawołał (chyba dlatego, żem taka młoda i rak piersi w tym wieku nie jest normalny), obejrzał wyniki i kazał czekać na doktora, który wyznaczy mi termin przyjęcia do szpitala. Nie bardzo pamiętam, co wtedy czułam, ale pamiętam, że w międzyczasie dostałam sms od ojca, że moja siostra urodziła córkę… Nikt poza Kubą nie wiedział o tym, że coś mam w piersi, że robię badania i że to komórki rakowe. Narodziny Dzidziusia nie ułatwiły mi przekazania im tej wiadomości. Pomyślałam, że to nie w porządku, że zepsuję im taki radosny dzień…

Dostałam skierowanie do Szpitala Onkologicznego na piątek 13 listopada. Najgorsze było to, że zupełnie nie wiedziałam, co ze mną zrobią… Na szczęście był to tylko pobyt diagnostyczny, plus od Ordynatora Chirurgii dowiedziałam się, że sama sobie zrobiłam tego raka przez to, że brałam tabletki antykoncepcyjne!!!

Na konsylium po otrzymaniu wyników z biopsji gruboigłowej, przedstawiono mi plan leczenia, miałam zacząć od chemii. Byłam trochę skołowana, wiec na korytarzu razem z ojcem jeszcze raz zapytałam jedną Panią Doktor, jak będzie wyglądać leczenie. Powiedziała: „Będzie pani miała chemię, potem amputacja, a potem hormonoterapia. A… i wyjdą pani włosy”.

Zabawne, bo nosiłam wtedy bardzo króciutkie włoski (6-9mm), w trakcie pobytu w szpitalu nawet kilka osób zwracało mi uwagę, jak ładnie odrastają 😉

Chemioterapię AT (Doksorubicyna i Docetaksel) zaczęłam 1 grudnia. Nawet dobrze ją zniosłam, porównując z tymi skutkami ubocznymi o jakich naczytałam się przed… Miałam lekkie nudności, nie mogłam za dużo zjeść na raz i po paru dniach po kroplówce popołudniami dostawałam zgagę (jak w zegarku zawsze koło 16). No i byłam słaba jak mucha.

Na okoliczność chemioterapii, skutków ubocznych i tego, że Kuba pracował, moja rodzina (głównie rodzice) zdecydowali, że nie będę siedzieć sama w wynajmowanym mieszkaniu w Cieszynie, tylko mam wracać do domu do Szczyrku. Tym sposobem jestem tu po dziś dzień 😉

Wyczytałam, że włosy wyjdą mi po 10-14 dniach od pierwszej chemii, więc od 10 dnia skubałam kudełki sprawdzając, jak siedzą. Dokładnie 14-go dnia zostało mi w palcach tyle, ile chwyciłam!!! Nie przeraziło mnie to, raczej rozbawiło. Włosy trochę sie sypały, trochę ja im pomagałam, w efekcie wyglądałam jak jakieś chore zwierzątko. W końcu ostrzygłam je na zero, po czym poprosiłam Kubę żeby kupił mi jakąś dobrą maszynkę do golenia, wzięłam żel od ojca i ogoliliśmy je na łyso.

Lubiłam tę łysą główkę i najchętniej chodziłabym z taką glacą, ale po pierwsze była zima i nawet w chustce i czapce szczypało po łepku, a po drugie robiły mi się jakieś krosty (ponoć po chemii) i nie wyglądało to ładnie. Włoski zaczęły mi jakoś od razu odrastać, ale takie liche, cieniutkie i myszowate, więc goliłam je systematycznie a potem strzygłam maszynką na zero.

Drugą chemię wzięłam 22 grudnia. Też obeszła się ze mną łagodnie, przed Wigilią tradycyjnie posmażyłam naleśniki i popiekłam krokiety dla całej rodziny 🙂

NA SYLWESTRA POJECHALIŚMY NAD MORZE 🙂

Zastanawialiśmy się jak go spędzić, więc mówię do Kuby: „Pojedźmy gdzieś…”, K: „Gdzie?”, na co ja palnęłam: „Nad morze.”… K: „Dobra!”

Kuba pracował w Sylwestra, więc kiedy wrócił, spakowaliśmy się do naszego niedługo wcześniej kupionego pierwszego własnego samochodu i ruszyliśmy przez całą Polskę 🙂 Nowy Rok witaliśmy w Gniewkowie koło Inowrocławia. Było pięknie!!! W ogóle bardzo miło wspominam ten wyjazd 🙂 Pozwolił mi na trochę oderwać sie od choroby i leczenia. Poczułam sie jak normalna zdrowa osoba 🙂 Chodziliśmy na plażę, zwiedzaliśmy… Władysławowo, Gdańsk, Gdynię, Sopot, Półwysep Helski… Nie byłam wcześniej w zimie nad morzem. Jak wiele lat temu latem pierwszy raz zobaczyłam nasz Bałtyk powiedziałam: „Phi… i o to tyle szumu… woda i nic więcej…” Natomiast teraz mnie urzekło 🙂 Zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Śnieg na plaży i to wszystko… Nawet przeszywające zimno i wiatr nie przeszkadzało 😉

Nasz pobyt noworoczny trwał kilka dni, w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Malbork (na życzenie Kuby) i Toruń (na moje życzenie).

Po Nowym Roku jakoś miałam wizytę u mojej Pani Doktor Chemiczki. Okazało się, że guz mocno się zmniejsza po chemii (faktycznie, jak podniosłam ręce, w miejscu gdzie było to „podejrzane” robiło się wklęśnięcie!) i trzeba go oznaczyć, żeby chirurg wiedział, gdzie ciąć.

Więc wybrałam sie na znacznikowanie, naczekałam się masakrycznie długo, a Pan Doktor robiąc USG stwierdził, że tam są dwa guzki (od początku były dwa, więc nie wiem skąd to zaskoczenie!!!) i nie będzie znacznikował, bo przy wieloogniskowym raku i tak nie zrobią mi operacji oszczędzającej !!!

Załamałam się!!! Wtedy dotarło do mnie że chyba faktycznie obetną mi pierś!!!

Wysłał mnie z powrotem do Mojej Doktorki, która potwierdziła, że jak są dwa guzki, to nikt w BCO nie podejmie się oszczędzającej.

Fak!!!!!!!!!!! Jak wcześniej w miarę dobrze się trzymałam, tak teraz wszystko padło!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Pani Doktor poradziła mi skonsultować się w sprawie mastektomii podskórnej z jednoczesną rekonstrukcją – i tak trafiłam do doktora Solarza.

Wzięłam jeszcze jedną chemię, termin operacji wyznaczyliśmy na 26 stycznia 2010 – trzy dni przed moimi trzydziestymi urodzinami.

Śmiałam sie, że ot, taka fanaberia, że sobie zrobię silikonowego cycka na 30-stkę 😉 W rzeczywistości nie było mi jednak tak wesoło… 30 urodziny kojarzą się z czasem bilansu, a mój nie wychodził zbyt korzystnie… nie miałam męża (miałam cudownego kandydata na tegoż, ale to nie to samo…), dzieci, domu, pozycji zawodowej… miałam raka.

Na szczęście była przy mnie rodzina, Kuba, przyjaciele…

Operacja przebiegła bez komplikacji, wyszłam dzień przed urodzinami, z nowym silikonowym cycem 😉

OD TEGO CZASU TEORETYCZNIE JESTEM ZDROWA…

Po operacji dostałam jeszcze cztery chemie AC (Doksorubicyna i Cyclofosfamid) – również nie miałam wielu skutków ubocznych, poza nudnościami, osłabieniem.

Dokładnie pól roku po pierwszym przyjęciu do szpitala wzięłam ostatnią chemioterapię, po której, jakby na dokładniejsze zaznaczenie działania, lekko sypnęły mi się już ładnie odrastające, równiejsze i gęściejsze włosy… Załamało mnie to trochę, znów kilka razy musiałam strzyc je na zero, zanim zaczęły równo rosnąć. Ale i tak było już fajnie, od wiosny chodziłam bez chustki, z łysym łepkiem, odrastały mi brwi i rzęsy, które sypnęły mi się jakoś pod koniec leczenia, jak już odrastały mi włosy, więc nie wyglądałam strasznie ufokowato 😉

Po półrocznym L4 dostałam roczne świadczenie rehabilitacyjne z ZUS-u, a od Pani Doktor Chemiczki rok kroplówek Herceptyny. Jednocześnie zaczęłam hormonoterapię – Tamoxifen i Zoladeks – „farmakologiczną kastrację”.

Na przełomie lipca i sierpnia 2010 udało się nam pojechać z Kubą i kumplem Krzyśkiem na Przystanek Woodstock do Kostrzyna n. Odrą. Bałam się, że choroba, a raczej leczenie, uniemożliwią mi to, zresztą koleżanka-amazonka odradzała mi wyjazd na festiwal – „tłumy, brud, zarazki. …”, ale ja uparłam się 😉

Woodstock zawsze był dla mnie ważnym wydarzeniem. Na pierwszy swój Festiwal pojechałam ze starszą siostrą w wieku 17 lat, w następnym roku już sama, ze znajomymi i tak jeździłam przez kilka lat z rzędu. Uwielbiałam tę atmosferę, muzykę, kolorowych, uśmiechniętych ludzi… Potem jakoś urwało się, studia, praca, „starzenie się” znajomych 😉

W 2006 roku chęć wyjazdu na Przystanek Woodstock wyraziła moja najmłodsza, wtedy 15-letnia siostra. Pojechałyśmy razem, na nasz pierwszy Przystanek do Kostrzyna. Po kilku latach i zmianie miejsca Woodstock był trochę inny, ale nadal pociągający 🙂 W następnym roku też postanowiłyśmy jechać, ale już nie same. Niestety, moi znajomi już wyrośli z Woodstocków, Justyny jeszcze nie dorośli 😉 Udało nam sie znaleźć ekipę przez Bank Podróży na stronach WOŚP. I to było najwspanialsze zrządzenie losu w moim życiu – do naszej ekipy na dworcu w Katowicach dołączył Kuba!!! Oj… fajny był ten przystanek 🙂 I choć między nami nic poważnego się nie wydarzyło, mieliśmy do siebie telefon, maila i gg 🙂 Przez następny rok czasem do siebie pisaliśmy, dzwoniliśmy… W sierpniu 2008 moja siostra miała mieć ślub, ja miałam być świadkową, nie miałam wtedy żadnego partnera ani nawet kandydata, a nie chciałam iść sama, więc poprosiłam Kubę żeby wybawił mnie z opresji i poszedł ze mną. Zgodził się!!! Następnego dnia przyjechał do mnie, poszliśmy razem w góry, na pizzę i na piwo i od tego czasu jesteśmy razem 🙂

Od tego czasu też co roku jeździliśmy na Przystanek Woodstock, no poza tym rokiem, bo nie spodziewając się, że Jurek wyznaczy termin Woodstocku na 4,5,6 sierpnia (zawsze był na przełomie Lipiec-Sierpień) zaplanowaliśmy Nasz Ślub na 6 sierpnia 🙂

Aha… wcześniej – 14 Października 2010 Kuba oświadczył mi się 🙂 Piękny to był dzień, słoneczny, prawie taki jak dzisiaj 😉

A ŚLUB… JAK Z BAJKI 🙂

Teraz, po dwóch latach od wyczucia „podejrzanego” w piersi, jestem zdrowa i mam nadzieję, że tak będzie jak najdłużej 🙂 Staram się nie myśleć o chorobie poza terminami zastrzyków Zoladexu, badaniami i wizytami u lekarzy.

Mam Cudownego, Najcudowniejszego na Świecie Męża 🙂 Dzieci nadal nie mam i nie będę mieć przez najbliższe kilka lat, ale już mi przeszła obsesja na ich posiadanie. Mieszkam we wspaniałym miejscu, w domu z całą rodziną, i mimo, że czasem jest szał i „dom wariatów”, dobrze mi tu. Nie pracuję – nie wróciłam do pracy w terapii uzależnień po 1,5 rocznej przerwie leczniczo-rehabilitacyjnej, podczas której uświadomiłam sobie, że jednak nie chcę się tym zajmować. Rozwijam swoją pasję, jaką jest rękodzieło, a szczególnie tworzenie biżuterii, mam zamiar założyć firmę…

I ŻYĆ DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE 😉

Chcę korzystać z życia, uczyć się nowych rzeczy, poznawać nowe miejsca, ludzi…
Cieszę się, że jestem 🙂
Choć cały czas towarzyszy mi strach…

lulu_s

Historia mojej właściwej choroby jest krótka, ale jestem pewna na długie jeszcze po…

W 2001 r. pojawił się w mojej prawej piersi mały guzek, tak 0,5 cm. Strach wtedy był, czy bardzo duży, już nie pamiętam. Badanie USG nie wykazywało nic groźnego. Nawet lekarz sugerował, że można to poobserwować, ale ja zdecydowana byłam na postępowanie radykalne. Chirurg w małym powiatowym miasteczku pięknie, prawie jak chirurg plastyczny, wyciął mi, jak się po badaniach histopatologicznych okazało, włókniaka. Ulga. Więc dlaczego dopadło mnie, jakieś dwa tygodnie po operacji, przygnębienie a później być może depresja, krótka, ale głęboka. Wspominam te dwa, może trzy dni jako najczarniejsze w moim życiu. Był to czas kiedy wydaje mi się, że zrozumiałam co czują osoby, które decydują się na krok ostateczny.

Szłam przez miasto i miałam przejść przez wiadukt, i bałam się. Bałam się przejść, bo nie byłam pewna mojego zachowania. Zatrzymałam się na chwilkę. To wystarczyło. Przeszłam szybko i to przejście okazało się dnem od którego zaczęłam się odbijać.

Nigdy nie mówiłam o tym nikomu. Może wstyd był tego powodem, a może obawa o brak zrozumienia. Przecież nic takiego się nie stało.

DIAGNOZA

W listopadzie 2007 r. siedziałam sobie w domu oglądając TV, nagle poczułam ukłucie, tylko jedno, po prawej stronie. Zdziwiona pomyślałam: czyżby moje serce nagle przewędrowało? Przejechałam ręką po prawej piersi. Nie wyczułam nic, ale towarzyszyło temu dziwne, nieokreślone uczucie. Powtórzyłam ten ruch i … podobne odczucie. Niepokój. Zaczęłam ruszać ręką i dalej sprawdzać, i w pewnym momencie coś wyczułam. Okazało się, że tylko wtedy gdy podniosę rękę mogę to „coś” wyczuć.

Następnego dnia wizyta u lekarza. Kretyńskie przepisy, które nie pozwalają na to, aby lekarz pierwszego kontaktu dał skierowanie na USG piersi. Na brzuch już może dać. Więc umowa taka, że mam skierowanie na USG brzucha, a przy rejestracji mam powiedzieć o co chodzi. Dnia 8.11.2007 r. USG. Ostatnie zdanie na opisie: „Wymaga pilnej kontroli onkologicznej. Biopsja?” i słowa lekarza: „Niech Pani tego nie lekceważy, nie patrzy że idą święta”.

TO WYSTARCZYŁO MI, ABY RUSZYĆ OSTRO DO BOJU

Trzeba zarejestrować się do onkologa, więc idę. Do końca roku już nie ma miejsc, a na nowy jeszcze nie ma zapisów. Świetnie. Czy jestem w stanie zatrzymać rozwój tego „cosia” do chwili wizyty u onkologa? Chyba jednak nie.

Postanowiłam pójść na najbliższy termin przyjęć i cierpliwie czekać, aż lekarz przyjmie wszystkich pacjentów i wtedy wejść. Tak też zrobiłam. W poczekalni spędziłam pięć godzin, ale weszłam do gabinetu. W pierwszej chwili pani doktor, dowiedziawszy się, że nie jestem zarejestrowana, nie omieszkała okazać swojego niezadowolenia. Padły nawet słowa o wyjściu z gabinetu. Podając wynik USG powiedziałam, że mogę wyjść, ale mimo to proszę o zerknięcie na opis. Jeden rzut oka na papier i zmiana nastawienia. Skierowanie na biopsję i słowa lekarza: „z wynikiem do mnie poza kolejnością”.

Teraz już nadszedł czas aby poinformować męża. Na biopsję musiałam jechać do Gdańska. Nie wiedziałam jak będę się czuła po badaniu, czy będę mogła prowadzić samochód i wolałam mieć koło siebie bratnią duszę.

Tuż przed „Św Mikołajem ” 05.12.2007 r. odbiór wyniku biopsji. Trudno być mocno zaskoczonym takim wynikiem jak obserwowało się zachowanie lekarzy, ale jednak.

No to z wynikiem do lekarza. Sobota 08.12.2007 r. zbieram się na wizytę … oj gdzieś się zawieruszyły moje wyniki. Szybkie przeglądanie torebki, może gdzieś na szafce? NIE MA. Przecież bez wyniku nie mam po co iść. Starałam się uspokoić, pomyśleć co mogło się stać. Nagle olśnienie. Aby ułatwić Pani doktór robimy ksero naszych dokumentów. No tak, wzięłam je ze sobą jadąc do pracy i zostawiłam je właśnie tam. Trudno, sprawa beznadziejna. Nie mam możliwości wydobycia moich wyników.

Wizyta odwlekła się o tydzień.

Dostałam skierowanie do szpitala. Telefon poszedł w ruch. Sprawdzanie gdzie można na najwcześniejszy termin. Druga połowa stycznia najwcześniej. Na pytanie: „Czy nie można przyśpieszyć?” odpowiedź: „Chyba że zwolni się miejsce”. Udało się znaleźć szybszy termin.

Będę miała odlotowego sylwestra. Tylko przed sylwestrem są jeszcze święta. Od momentu rozpoczęcia całej afery nie płakałam. Wigilii się bałam, wtedy miałam poinformować moich gości-rodzinę o tym, że po świętach idę na operację. W aptece poprosiłam o lekkie leki uspakajające, jeszcze w pracy wzięłam … aby na czas zadziałały. Udało się, leki wraz z zaciśniętymi zębami pozwoliły wytrzymać … choć przy składaniu życzeń było ciężko. Szczególnie jak ktoś życzył zdrowia … jeszcze wtedy nic nie wiedzieli, po co miałam psuć zabawę. Dopiero jak pierwsi uczestnicy zbierali się do domu, to poinformowałam o moich najbliższych planach. Może niezbyt wyraźnie to powiedziałam, bo moja chrześnica już od siebie z domu zadzwoniła, aby upewnić się czy dobrze słyszała o tym szpitalu, a synowa po jakimś czasie miała pretensje, że Ona zawsze się dowiaduje ostatnia.

30.12.2007 zameldowałam się w szpitalu. Rozmowy z chirurgami na temat operacji. Próbuję uzyskać sugestię od fachowców jaką podjąć decyzję. Mur i skała, wreszcie jeden po ogromnych moich usiłowaniach przeciska przez zęby „co własna pierś to własna”, drugi wytrzymał do końca. Dopiero na moje słowa, że skłaniam się ku całkowitej amputacji odpowiedział: „idzie pani w dobrym kierunku”.

NASTĘPNEGO DNIA NA STÓŁ OPERACYJNY

Wybudziłam się na sali pooperacyjnej po południu. Przy moim łóżku siedziała Mireczka – złote serce. Siostra mojej bratowej. Musiałam wstać za potrzebą, ale Ona zaprotestowała (pielęgniarka z wykształcenia) i chciała podać basen. No to jej odpowiedziałam, że się boje wody i na basen to chodziłam z dziećmi jak były małe i to tylko w brodziku. Powędrowałam więc ze stojakiem … bom ogromnie przywiązana była do kroplówki. Mirusia za mną, drzwi nie pozwoliła zamknąć. Bólu nie czuję to i humor jest.

Na Nowy Rok nowa, ale zwykła sala, sylwester tylko na pooperacyjnej. Sala ładna duża, nawet kilka łóżek wolnych. Nowe doświadczenia. Nowe znajomości. Tak po przekątnej leżała pani, która miała operację jelit.. Okazało się że jest też amazonką. Od niej pierwszej dowiadywałam się jak żyć dalej. Była starsza ode mnie, ale bardzo pogodna.

Przyjechał mój mąż z córką. Ona była na sylwestra (na szczęście udało mi się namówić ją na to) u koleżanki w Warszawie, On sam w domu. Zjechali się tu razem. Patrząc na mojego męża zdałam sobie sprawę, że bardziej go to dotknęło niż mogłabym się spodziewać. Siedział sobie biedak nieogolony, wymęczony, bezradny i wtedy pomyślałam, że żadnego głupiego numeru nie mogę mu wykręcić. Zdałam sobie sprawę z tego, jak mało wiemy my chorzy o tym co czują nasi bliscy. Dla nas sprawa jest prosta. Choroba już jest i cała siła jest skierowana na walkę z nią, a Oni być może mają o wiele gorszą sytuację, kiedy zdają sobie sprawę ze swojej bezsilności.

W środę 2.01.2008 r. podczas obchodu ordynator kazał mi podejść bokiem do ściany i „wędrować prawą ręką po ścianie” i tu porażka. Ręka ledwie przekroczyła kąt 90 stopni. Pojawił się ból. Krótka riposta ordynatora: „ćwiczyć bo zostanie przykurcz”, zapytał jeszcze czy była rehabilitantka, zgodnie z prawdą musiałam zaprzeczyć. Kazał przysłać.

Po obchodzie przyszedł chirurg który mnie operował. On pierwszy pokazał że nic się nie stanie jeśli prawą rękę, leżąc na wznak, uniosę aż za tył głowy. Pomógł mi przy tym ćwiczeniu , pomógł mało powiedziane, On mi tą rękę powoli ale stanowczo złapał i przełożył ponad głowę, mimo że ból wraz z podnoszeniem ręki narastał, ale tylko do pewnego momentu, później już nie było bólu. Myślałam, że ręka urwana. Uspokoił mnie że nie ma żadnego zagrożenia w tym ćwiczeniu. Pani rehabilitantka okazała się krajanką. Pochodziła z mojej okolicy. Odbyłyśmy dwa wesołe seanse rehabilitacyjne. Ćwiczenia i szukanie ewentualnych wspólnych znajomych. Wyposażona w ksero zestawu ćwiczeń, po pięciu dniach wyszłam ze szpitala, Nie mogę nie opisać ostatniej nocy spędzonej w szpitalu. Istna „zielona noc”. Do naszej sali przyjęto pacjentkę z dość dużą wadą słuchu i zasobną w dwuzłotówki, które wrzucało się aby oglądać TV. Jak łatwo się domyśleć jej było obojętne jak głośno nastawiony jest telewizor. Około dziesiątej poprosiłyśmy pielęgniarki o ściszenie głosu. Owszem zrobiły to, ale po przełączeniu na inny kanał i to w dodatku jak się trafiło na reklamę ……. koszmar. Naprzeciw mnie leżała pani która namiętnie słuchała radia z Torunia (niby przy uchu ale jednak bez słuchawek). Z jednej strony TV z drugiej radio. … obłęd.. Nic to, ja jutro wychodzę, dam radę. Około północy zerwał nas na nogi dźwięk który przypominał sygnał alarmu aparatury kontrolnej. Zbiegły się pielęgniarki bo jedna z pacjentek, właśnie ta amazonka, była podłączona. Aparatura była w porządku, okazało się że to radio włączyło się … armagedon. Dopiero po wyciągnięciu wtyczki z kontaktu zapanował spokój.

Po powrocie do domu cała moja uwaga skupiona była na ćwiczeniach ręki. Bardzo bałam się braku sprawności. Całe godziny ćwiczeń. Początkowo nie obyło się bez zwątpień czy da się przywrócić sprawność. Pod koniec dnia uważałam że mam już jakieś osiągnięcia, ale po przespanej nocy następnego dnia wracałam do punktu wyjścia. W połowie lutego mogłam już uznać, że postępy są wyraźne. Tak dobrze mi szło, że rozważałam nawet powrót do pracy od marca. Moje zapędy ostudziło ostrzeżenie od mojej ręki. Uznałam że jest już O.K. i zaczęłam się zachowywać jak całkiem zdrowa. Po trzech dniach braku ćwiczeń pojawił się obrzęk. Likwidowałam go dłużej niż trzy dni.

ZDECYDOWAŁAM JEDNAK, ŻE OD KWIETNIA WRÓCĘ DO PRACY

Czasem tylko wracałam wyślą do roku 2001. Zastanawiałam się, czy może mnie dopaść „tamto samopoczucie”. Żadnych oznak tego nie zauważałam, ale tłumaczyłam sobie, że to pewnie jeszcze mnie trzyma stres. Od listopada 2007 r. nie uroniłam jednej łzy, nie miałam żadnych niepotrzebnych myśli, nie miałam żalu o to co się stało. Nic tylko stres trzyma.

Chyba jednak nie trzymał mnie stres. Uknułam sobie wtedy teorię, że doświadczenie z 2001 r. było szczepionką dla mnie. Tyle razy byłam w różnych niebezpiecznych sytuacjach. Jako cztero-pięciolatka zaliczyłam dziesięciokilową śrubę z kotarą od kulis, na scenie… spadła mi na głowę … to wiele rzeczy wyjaśnia, szczególnie jak mówią, że jestem walnięta. Wypadek na motorze, przedłużyłam sobie pobyt u znajomych, aby mama nie dowiedziała się o tym. Trzeba było wyleczyć te wszystkie otarcia na skórze. Ucieczka samochodem na pobocze, aby uniknąć czołowego zderzenia, zatrzymałam się kilka centymetrów przed drzewem. Udawało się.

Teraz też się uda, bo inaczej być nie może. Pozostaje mi tylko podziękować mojemu Aniołowi Stróżowi, bo biedaczek nie miał najłatwiejszego zadania … ale wykazać się za to mógł.

PAŹDZIERNIK 2010

Lada dzień zamknę kolejny rok.

Zastanawiam się tylko, czy zgodnie z moją teorią stresu, on puszcza już. W tym roku troszkę długo potrzymał mnie ch…owy nastrój, jak na mnie to zbyt długo … pewnie pomylił sobie adresy … trafił przez pomyłkę … tylko co go tu tak trzymało

CZERWIEC 2011

Może by nie było źle, gdyby nie trudności ze znalezieniem pracy. Równo rok po operacji, grudzień 2009 r., objęła mnie redukcja, jeden rok spędzony na zasiłku dla bezrobotnych i ciągłe szukanie pracy. W tym roku udało mi się popracować pół roku … i dalej jestem w punkcie wyjścia. Nie jest to komfortowa sytuacja dla mnie, tym bardziej, że mąż jest na rencie … najniższej … jaka jest przyznawana.

SIERPIEŃ 2012

Coraz szybciej mija czas. Pracę na razie mam.

Bywa, że oglądam się wstecz. Tyle się wydarzyło od pamiętnego sylwestra.

Trzy lata temu urodził mi się trzeci wnuk, którego dumna i szczęśliwa babcia wniosła do kościoła na chrzciny. Syn mieszka bliziutko kościoła i całą ferajną poszliśmy na pieszo … a ja na czele z wnusiem na rękach.

Była to dla mnie dziwna chwila. Wchodząc do kościoła dziękowałam Bogu za dwa życia. To moje nowe i to maleńkie co się zaczynało.

A cała poznana wspaniała ferajna amazonkowa. Dziwnie to zabrzmi, ale to dzięki chorobie …

Półtora roku temu mój brat zachorował na szpiczaka. Jestem przekonana, że gdybym nie miała swojego doświadczenia, nie miałabym też tej wiary w to, że mu się uda.

Jeszcze przede mną ważna uroczystość, ślub córki. Prawie pięć lat temu tak daleko nie wybiegałam w przyszłość. Wolałam nie myśleć co, kiedy, jak będzie. Teraz też mam kłopot z robieniem planów, nie cierpię tego … więc nie widzę powodu do zmuszania się. A poza tym zacytuję motto Dani „Chcesz rozśmieszyć Boga… Opowiedz mu o swoich planach.. ” No po co mam się ośmieszać.

Hoduję domowe kwiatki, co roku na balkonie uprawy doświadczalne. W zeszłym roku pomidory, w tym truskawki. Mijają kolejne miesiące i jest dobrze, słońce, deszcz, wiatr, śnieg … i niech tak trwa.

img_2363

JEST ŻYCIE PO RAKU PIERSI

Mam na imię Magda, zachorowałam w 2000 roku.

DIAGNOZA I CO DALEJ

Pamiętam jak będąc dzieckiem wyliczałam sobie, ile będę miała lat w magicznym i odległym wtedy roku 2000…. Oj, jakże trudno mi było wtedy wyobrazić sobie siebie jako 37 letnią „staruszkę”. Gdy usłyszałam diagnozę pomyślałam sobie „przecież to niemożliwe, rak piersi to choroba kobiet po menopauzie, jestem za młoda”… i bardzo się myliłam. Całe szczęście, że wiadomość o wyniku biopsji usłyszałam telefonicznie, bo zapewne trudno w gabinecie, siedząc na wprost lekarza i słysząc „ma pani raka” nie osmarkać mu krawata w nagłym wybuchu rozpaczy…

Oczywiście rozpacz i płacz były… Zupełnie nowa sytuacja i zero wiedzy na temat choroby to wystarczająco dużo, by zwariować. Człowiek przecież żyje w swoim świecie, bardziej lub mniej poukładanym, ma swoje smutki i radości, plany, marzenia, kłopoty… A tu nagle życie bez ostrzeżenia przestawia go w miejsce, do którego wcale się nie wybierał. W miejsce o którym ledwie słyszał. To świat ludzi chorych na raka. Okazuje się, że jest ich strasznie dużo – to mało budująca wiadomość. Ale jest i druga, która pomaga – oni żyją, a to oznacza nadzieję. Najbardziej bałam się tego, że moja córka, najważniejsza dla mnie istota na świecie, będzie dorastać bez mamy. Sama wcześnie straciłam rodziców i myśl o tym, że los chce i moje dziecko tak doświadczyć, była paraliżująca. Ale dawała też niesamowitą siłę. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko by wyzdrowieć, dla córki. Chyba dzięki temu bardzo szybko przestałam rozpaczać. Po pierwszej wizycie u onkologa gdy już mniej więcej wiedziałam na czym to wszystko polega i co trzeba robić, zabrałam się za działanie. Wtedy też skończyłam z płaczem. W momencie kiedy mogłam działać – planować etapy leczenia i poddać mu się – uwierzyłam w to, że jest dla mnie szansa. A skoro jest, to chcę ją wykorzystać. Tyle przecież na świecie chorób na które nie ma lekarstwa, są wypadki losowe, które odbierają ludziom życie, a ja po operacji i leczeniu mam szansę żyć… To bardzo dużo.

CZAS LECZENIA

Myślę, że w całym procesie leczenia miałam dużo szczęścia do ludzi, których po drodze spotkałam. Guza znalazłam sama w dniu dziewiątych urodzin mojej córki. Do ginekologa poszłam świadomie dopiero po miesiączce, bo wtedy najlepiej bada się piersi. W poprzednim, jesiennym badaniu piersi mój ginekolog nic niepokojącego nie znalazł, ale gdy poszłam do niego w maju z moim odkryciem, które wtedy miało kształt i wielkość fasolki jaś, szybko posłał mnie na USG piersi. Radiolog od razu zdecydował, że potrzebna biopsja a zaraz po otrzymaniu wyniku biopsji, posłał mnie do onkologa, cudownej doktor L. z Instytutu Onkologii w Gliwicach, która zajmuje się mną do dziś. Na pierwszej wizycie długo i wytrwale tłumaczyła mi jakie może być postępowanie i leczenie w moim przypadku. Cierpliwie odpowiadała na setki moich pytań, często głupich. Ujęła mnie tym, że potrafiła powiedzieć „tego nie wiem”, nie udawała wszystkowiedzącej. Musiałam jednak sama zdecydować, czy chcę ocalić pierś, czy idę na całość… Być może teraz, gdy mam już większą wiedzę na temat choroby i gdy operacje oszczędzające to nie żadna nowość, zdecydowałabym się na taki właśnie zabieg, ale wtedy chciałam zrobić tak zwane „wszystko” by mieć czyste myśli. Nigdy tego nie żałowałam.

WSPARCIE

Wiem, że nie wszystkie kobiety w takiej sytuacji bez żalu rozstają się z piersią. Wiem, że są takie, które nie mogą się z tym pogodzić, nie wyobrażają sobie dalszego życia i ich świat nagle się wali. To musi być koszmarne uczucie. Na szczęście nic takiego mnie nie spotkało. Nie musiałam mierzyć się z dodatkowym obciążeniem i mogłam w miarę spokojnie podejść do leczenia. Duża w tym zasługa mojego męża, który jeśli kiedykolwiek wpadł w rozpacz i zwątpił w pozytywne zakończenie mojego leczenia, to nigdy nie dał mi tego odczuć. Nigdy nie musiałam go pocieszać, ani też nie słyszałam pustych słów pocieszenia, on po prostu mnie wspierał mówiąc, że cokolwiek wybiorę i cokolwiek się stanie jest ze mną. Na pewno nie było mu łatwo. Sama nie potrafię sobie nawet wyobrazić czy podołałabym jako osoba wspierająca w chorobie. Pamiętam, jak na samym początku mojego leczenia opowiedział mi swój sen. Ukazała mu się ogromna, jasna i uśmiechnięta twarz przebijająca się do niego przez mgłę. Powiedziała, że wszystko będzie w porządku. Był to bardzo wyraźny i uspokajający sen i on w niego uwierzył. Ja też. Stosował też metodę wizualizacji. Gdy spałam wysyłał do mnie armie wojowników walczących z komórkami nowotworowymi. Robił też masę rzeczy bardziej przyziemnych – zakupy, gotowanie, sprzątanie, opieka nad dzieckiem. Jedno i drugie na pewno bardzo mi pomogło. Miałam pod opieką tylko siebie. Przez całą chemię trwającą sześć miesięcy, czułam się fatalnie. Kilka dni po wlewie głównie leżałam w łóżku z miską w pogotowiu. Nie miałam ochoty wstawać z niego nawet, gdy już lepiej fizycznie się czułam. Nie chciało mi się wychodzić z domu i nie wychodziłam. Nastawiłam się na odhaczanie w kalendarzu kolejnych wizyt w Instytucie, by zatankować kolejną chemię. Potem mogłam całymi dniami spać, nawet nie chciało mi się czytać. Nie widziałam jak bardzo się zmieniam. Aż pewnego dnia moja córka usiadła mi na kolanach, spojrzała ze smutkiem na mnie i naciągając mi palcami kąciki ust w górę, powiedziała „mamo, uśmiechnij się, już zapomniałam jak wyglądasz uśmiechnięta”… Wtedy dotarło do mnie, że nie jestem sobą, że pogrążam się w jakiejś czarnej otchłani nicnierobienia. To był dla mnie najczarniejszy okres choroby, ale skończył się kiedy po ostatniej kroplówce wyszłam z oddziału chemioterapii z mocnym postanowieniem, że nigdy tam nie wrócę. Do pełni szczęścia potrzebowałam jeszcze tylko pozbyć się znienawidzonej peruki i zrobiłam to gdy moje nowe włosy miały jakiś marny centymetr. To było prawdziwe wyzwolenie!

CZAS PO LECZENIU

Miałam wrażenie, że po zakończonym leczeniu jestem wolna. Cieszyłam się, że nie mam leczenia hormonalnego, że należę do tzw. trójujemnych i pozostały mi tylko badania kontrolne. Świat postawiony na głowie przez ostatnie pół roku, szybko wracał do normalnej perspektywy. Wreszcie pojechaliśmy na wakacje, bo poprzednie całe były spaprane przez leczenie. Wreszcie miałam ochotę wychodzić z domu, śmiałam się i odważniej patrzyłam w przyszłość. Co roku w czerwcu obchodzę rocznicę mastektomii jako nowe narodziny, a w grudniu świętuję radośnie swoje zwykłe urodziny. To jedna z korzyści wynikających z choroby – ja, teraz już bliżej pięćdziesiątki niż czterdziestki, ciesząca się każdymi kolejnym urodzinami – niesamowite! Druga korzyść, to odkrycie, że ładnie mi w krótkich włosach. Tych korzyści jest więcej. Poznałam masę wspaniałych osób z którymi życie pewnie by mnie nie zetknęło gdyby nie choroba. Mogę się od nich wiele nauczyć, a to bardzo dużo. Poznałam lepiej samą siebie. Choć przez pierwsze lata od zachorowania uważałam, że nic się nie zmieniłam, to jednak po dłuższym czasie zauważyłam, że to nieprawda. Żyję bardziej świadomie, doceniam każdą chwilę i potrafię cieszyć się drobiazgami. To chyba klasyczne odczucia przynależne ludziom, którym los dał drugą szansę. Mam w sobie więcej tolerancji dla ludzi i nie przejmuję się drobiazgami. Jedno, co mi się wyostrzyło, to niezgoda na głupotę! Irytuje mnie bardziej niż kiedykolwiek. Staram się, choć nie jest to łatwe, żyć według swoich przykazań:

  1. Nie płakać nad przeszłością, bo jej nie zmienię.
  2. Akceptować to, czego zmienić nie mogę.
  3. Zmieniać to, co mi przeszkadza i uwiera – jeśli oczywiście jest to możliwe (nawet gdy bardzo trudne
  4. Nie zgadzać się na zło i głupotę (mieści się tu bardzo wiele).
  5. Być dobrym (równie szerokie pojęcie).
  6. Oprócz codziennych zajęć robić coś tylko dla siebie, coś co kocham.
  7. Otaczać się dobrymi i mądrymi ludźmi, energetycznym wampirom mówić zdecydowanie „sio”.
  8. Nie narzekać.
  9. Kochać.
  10. Rozumieć innych.
  11. I jeszcze takie małe: Nie zmuszać się do niczego – nie musieć, tylko chcieć.

CZAS NA REKONSTRUKCJĘ

Jest jeszcze jedna rzecz o której chciałabym napisać. Przed długie pięć lat od mastektomii byłam zdecydowanie przeciwko rekonstrukcji piersi. Nie żebym odradzała komukolwiek. Kibicowałam koleżankom, słuchałam ich opowieści, ale uważałam, że mnie samej nie jest to potrzebne. Nie musiałam udowadniać nikomu, że jestem kobietą, bo nią byłam – z jedną piersią tak samo jak z dwoma. Nigdy nie utożsamiałam poczucia swojej kobiecości ze swoją nagą zewnętrznością. Zawsze uważałam, że kobiecość mam w mózgu, a nie w biustonoszu czy na biodrach, bo na biodrach to akurat mam niewiele, hehe. Ponadto bałam się kolejnej operacji i bólu. Mój mąż miał podobne zdanie. „Po co ci to, dla mnie tego nie rób” mówił i dodawał „a jak po operacji nie będziesz zadowolona?”. I tak zleciało 5 lat, aż dotarło do mnie, że rekonstrukcję robi się nie tylko po to, by odzyskać kobiecość, ale też dlatego, by pożegnać się z bluzkami pod szyję i biustonoszami jak namioty, by móc schylać się bez łapania ręką za dekolt, bo a nuż ktoś zapuści oko i dojrzy dziurę. Niestety proteza choćby była najlepsza na świecie, a na niej nosiło się najlepszy na świecie biustonosz, to i tak przy schylaniu podlega sile grawitacji. Poza tym latem jest z protezą strasznie gorąco, a o bluzeczkach na ramiączkach można zapomnieć. Zapisałam się więc na rekonstrukcję z nastawieniem, że po operacji moje niewygody związane z noszeniem protezy, znikną. I tak sześć lat i cztery miesiące po mastektomii odzyskałam swoją lewą pierś. Muszę od razu napisać, że oprócz oczekiwanych zmian rekonstrukcja dała mi coś jeszcze, o czym przed operacją nie myślałam. Nie potrafię tego nawet dokładnie nazwać, ale nabrałam jeszcze większej radości życia i napędu do działania. To wspaniałe uczucie! I teraz każdej kobiecie, która mówi, że nie zrobi nigdy rekonstrukcji, bo nie będzie nic robić dla facetów, mówię: „rekonstrukcję robisz tylko i wyłącznie dla siebie”!

CZAS DZIAŁANIA

Jeszcze przed rekonstrukcją zapisałam się do klubu amazonek w moim mieście, poszłam na kurs ochotniczek i już drugi rok mam osobisty kontakt z kobietami na początku długiej drogi do zdrowia. Staram się im pokazać na swoim przykładzie, że po raku piersi można żyć pełnią życia i realizować swoje marzenia. Przez siedem ostatnich lat brałam czynny udział w życiu społeczności internetowej skupionej na stronie amazonki.net. Teraz z zapałem zaangażowałam się w powstanie Fundacji Onkologicznej „No pasaRak” i w tworzenie internetowego klubu amazonek. Jest jeszcze wiele do zrobienia.

PODSUMOWANIE

Wierzę, że przede mną jeszcze wiele wyzwań.

(kwiecień 2010)

P.S.

Minęło 5 lat od chwili, gdy pisałam swoją historię zamieszczoną powyżej.

W 2010 roku prosiła mnie o to Krysia Wechmann – zamierzono wydać broszury, w których, oprócz wielu wiadomości o raku piersi, miały być zamieszczone historie kobiet po chorobie. Z pomysłu nic nie wyszło, ale dzięki całej tej akcji spisałam swoje wspomnienia – troszkę może zbyt oficjalnie, ale grunt, że jest.

Dzisiaj, gdy mija 15 lat od mojej mastektomii, pomyślałam, by dopisać ciąg dalszy – bo wiele się zmieniło. Choćby to, że dwa dni temu moja córka obroniła pracę magisterską na wymarzonym kierunku studiów – a w historii powyżej dopiero przymierzałyśmy się do przeżycia matury. Ja oczywiście z większym stresem. Radość z tego wydarzenia jest dla mnie ogromna, bo w momencie zachorowania trudno mi było uwierzyć, że doczekam tej chwili – córka miała wtedy 9 lat, a ja nie wybiegałam w przyszłość aż tak daleko. Półtora roku temu życie i ją postanowiło boleśnie doświadczyć ciężką chorobą (nie nowotworową) i fakt, że nie przeszkodziło jej to w ukończeniu studiów świadczy o jej wielkiej waleczności – a mnie coś zaciska gardło, gdy o tym piszę. Do zdrowia jeszcze daleko, ale mocno wierzę w to, że wszystko dobrze się skończy!

Przez duże zmiany w naszym życiu, związane z chorobą dziecka (nie potrafię tego porównać z niczym) sama o swojej chorobie powoli zapominam. Tym bardziej, że kiedyś, na wykładzie o raku piersi, pani doktor powiedziała, że potrójnie ujemne pacjentki mają przekichane na początku: po standardowych procedurach typu operacja/chemioterapia/naświetlania nie ma dodatkowego leczenia i rokowania są mało optymistyczne, szczególnie gdy, tak jak ja, zachorują przed czterdziestką. Z upływem czasu niebezpieczeństwo mija i po pięciu latach od zachorowania ryzyko przerzutów gwałtownie spada. To ja po piętnastu latach naprawdę wierzę, że dam radę… Zresztą – co mi da zamartwianie się na zapas?

Przez minione 5 lat staram się bardzo żyć wg moich przykazań i, choć nie jest to łatwe, przyznam, że wychodzi mi coraz lepiej 😉 Nauczyłam się wiele podczas mojej prawie 10-letniej działalności w Klubie Amazonek i ponad 10-letniej obecności na różnych forach tematycznie związanych z rakiem piersi. Główną wartością dodaną tych lat jest niesamowita korzyść, jaką zawsze odnoszę poznając nowych ludzi, choć nierzadko historie z nimi związane powodują wiele emocji i łez… ale od tego nigdy się nie ucieknie.

Zmienił się też charakter mojego zaangażowania w działania na rzecz amazońskiej wspólnoty. Do marca 2013 roku byłam, wraz z koleżankami, administratorką strony amazonki.net i to – oprócz ochotnictwa w stacjonarnym Klubie Amazonek – wydawało się spełniać moje zapotrzebowanie na działanie. Ale okazało się, że mimo obaw warto postawić krok do przodu i zacząć robić coś więcej, bo jak pisałam w swojej historii: „jest jeszcze wiele do zrobienia”. Dlatego w maju 2013 roku z przyjaciółkami założyłyśmy Fundację Onkologiczną No pasaRAK, której głównym celem jest pomaganie w funkcjonowaniu osobom dotkniętym rakiem piersi i szukającym wiedzy w Internecie. Fundacja założyła stronę internetową www.amazonka.org.pl , przy której działa pierwszy i jedyny w Polsce Internetowy Klub Amazonek zrzeszony w Federacji Stowarzyszeń „Amazonki”.

Po dwóch latach działalności Fundacji udało się wyjść poza ramy wirtualne i we wrześniu 2015 roku odbędą się pierwsze (wierzę, że nie ostatnie) weekendowe warsztaty psychologiczne dla osób po raku piersi. Fundacja się rozwija, Internetowy Klub Amazonek okazał się strzałem w dziesiątkę. Planujemy kolejne akcje Fundacji. Coś się cały czas dzieje. Ależ jestem z tego dumna!

(26 czerwca 2015)

 

tojka_s

Trzysta tysięcy gitar mi gra…

chciałoby się zaśpiewać razem z Karin Stanek.

Gdyby każda gitara grała mi 1 godzinę, to tych gitar wystarczyłoby na ponad 30 lat.

Miałam 47 lat, męża, dwie córki, psa, dom, pracę, bliższą i dalszą rodzinę, przyjaciół i raka. Życie miałam zaplanowane, ale raka w tych planach nie było.

Było to …….. było w maju
pachniał bez wzdłuż i wszerz w całym kraju

U mnie nie pachniał, u mnie nie było bzu, nie było zielonego maja.

Był maj pełen strachu, obawy, przerażenia, rozpaczy. Bałam się ja, bał się mąż, bała się moja prawie 18-to letnia córka. Młodsza nie bardzo to wszystko rozumiała.

A ten pan w oczach miał łzy prawdziwe!
Ten łez sznur leciał mu w kufel z piwem

Wycięli i zamknęli w słoiku. Odetchnęłam. Na krótko. Wynik mnie powalił. Nie tego się spodziewałam. Przecież on był taki malutki, taki raczek – nieboraczek. Więc dlaczego tyle w nim było agresji, tyle minusów, tyle ……

Na początek NFZ zafundował mi chemioterapię, w gratisie dostałam perukę.

Łyse jest piękne, łyse nie potrzebuje fryzjera, szamponu, suszarki.

Moja mała blondyneczko,
Czy ty o tym wiesz…..

Noooo i zawsze to więcej miejsca do całowania.

Czwarta nad ranem
Może sen przyjdzie
Może mnie odwiedzisz……..

Byłam łysa – ale jakbym nie była. Nie miałam rzęs, brwi – ale jakbym je miała. Miałam podkrążone, wpadnięte oczy, ziemistą cerę – ale byłam piękna.

Przyszła do mnie, nie wiem skąd,
zawróciła w głowie tak dokładnie;
……………………………………………………………………………………………………………………………..…….
Patrzę wokoło i jest mi źle,
coraz więcej widzę i jeszcze więcej.

Już mi się nie chce walczyć, już mi wszystko jedno. Jaka to różnica, tu czy tam.

Samotność to taka straszna trwoga
Ogarnia mnie, przenika mnie

Czwartą chemię dostałam z tygodniowym opóźnieniem. Po czwartej chemii rzygałam. I wszystko mi było jedno, czy żygam, czy rzygam.

A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój………

Piąta chemia, szósta chemia – teraz jestem pewna, rzygam przez erzet.

Wytrwałam – dałam radę.

Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła……

U mnie była szaro_bura gdy codziennie późnym popołudniem tłukłam się miejskimi środkami transportu na radioterapię. Półtorej godziny w jedną stronę , 4 minutki promyczków, półtorej godziny z powrotem. Przed promyczkami obowiązkowo godzinkę w kolejce.

jest ktoś taki ktoś kto chce
właśnie dziś odwiedzić mnie
miły starszy siwy Pan
z wielkim workiem przyjdzie sam
i dostaniesz to co chcesz
dzisiaj jest magiczny dzień

6 grudnia zakończyłam leczenie.
……………………………………………………………………………………………………………………..
to już jest koniec nie ma już nic,
jesteśmy wolni możemy iść,

Nigdzie nie pójdę, zostanę z Wami – amazonkami.

Żyj z całych sił
I uśmiechaj się do ludzi
Bo nie jesteś sam

Tymi, które zawsze były przy mnie, tymi, które dopiero zaczynają, tymi, które odeszły.

Od Was przez 5 lat uczyłam się jak żyć.

Życie jest piękne, życie ma smak,
więc nie martw się, no i kwita.
Kto z nas się oprze, kiedy mu gra,
trzysta tysięcy gitar.

agawa stoi                                              agawa

Życie – przygoda, która trwa

 

Czas ‘przed’

Opisać ostatnie 6 lat to nie proste zadanie. Z jednej strony wiele bym chciała zapomnieć, ale też ciągle zdarzenia są świeże, jakby sprzed chwili.

Dbanie o zdrowie było od zawsze czymś, co postrzegałam jak rzecz zwyczajną i rutynową, a jednocześnie nie przywiązywałam jakieś szczególnej wagi do tych czynności. Jeśli rano myje się zęby, to raz do roku robi się przegląd organizmu. I tyle.

Każdy październik w moim kalendarzu był pełen czerwonych kwadracików wyznaczającymi dni kolejnych corocznych badań. Morfologia, cytologia, usg piersi, prześwietlenie płuc. Pochodzę z rodziny, która doświadczyła chorób, w tym raka, więc byłam przekonana, że systematyczne badania są czymś, co mnie ochroni przed powtórzeniem losu moich rodziców. Ty, bardziej, że przekonanie to zostało mi wpojone właśnie przez nich.

Ale też, muszę uczciwie przyznać, nie koncentrowałam się szczególnie na swoim zdrowiu. Powiem więcej – nie potrafiłam o nie dbać. Odkąd pamiętam moje dni były wypełnione pasjonującą i niezwykle absorbującą pracą i odkładaniem marzeń ‘na później’. Pojęcie ‘dbanie o zdrowie’ było dla mnie pojęciem pustym. W zabieganych dniach nie było miejsca ani na refleksję na ten temat, ani tym bardziej na świadome działania na rzecz zdrowia.

Czas ‘w trakcie’

Był październik przed sześcioma laty – dzień wizyty u mojej ulubionej ginekolożki. Zawsze miło sobie gadałyśmy, trochę o wspólnej psiej pasji, trochę o polityce; ot, takie babskie pogaduchy lubiących się kobiet. Lubię moją ginekolożkę nie tylko za jej życzliwy stosunek do pacjentów, ale przede wszystkim za jej wnikliwość i niezłomne nakłanianie do corocznych badań. Może wynika to z jej własnych doświadczeń (jest amazonką), a może z rzetelności zawodowej?

Tego dnia, namówiona przez moją ginekolożkę, która zawyrokowała krótko: „kochana, zaraz będziesz miała 45 urodziny, czas podejść do tematu poważniej”, wykonałam po raz pierwszy w życiu mammografię. Pamiętam, jak po badaniu pojechałam do centrum handlowego, aby drobnym prezentem dla siebie uhonorować ten szczególny dzień.

Niestety nie dane mi było świętowanie. Po godzinie od wykonania badania zadzwoniła do mnie pani z laboratorium z informacją, abym natychmiast wróciła, ponieważ trzeba powtórzyć zdjęcia. Na miejscu wątpliwości nie było – był rak.

Czas stanął w jakimś zamrożeniu. Telefon do męża. Później, już w domu, długa rozmowa aż do świtu przerywana wybuchami mojego płaczu. W ciągu jednego dnia dawne życie stało się przeszłością. Pojawiły się pytania, których nigdy wcześniej sobie nie stawiałam – Ile życia mi zostało? Czy zdążę towarzyszyć moim dzieciom w ważnych dla nich chwilach? Jak je przygotować na to, co się będzie działo?

Kolejne dni były poświęcone w całości na układanie planu działania. Mąż nie pozwolił mi się załamać. W tym czasie myślał za mnie, za mnie podejmował decyzje odnośnie kolejnych konsultacji, czy wyboru szpitala. To dzięki jego działaniom już po tygodniu byłam pacjentką Centrum Onkologii i czekałam na kolejne badania. Biopsja gruboigłowa potwierdziła diagnozę, ale też dała nadzieję – rak in situ, czyli szybko uchwycony, taki, który nie wyciągnął swoich macek poza obręb kilku komórek.

Z jednej strony wizja mastektomii, która przerażała, z drugiej szansa na uniknięcie wyczerpującego leczenia chemią.

W tym czasie, poszukując wszelkich informacji na temat raka piersi, trafiłam na forum dla amazonek. Byłam zdziwiona i jednocześnie zachwycona ciepłą, przyjacielską atmosferą tego miejsca. Wiele kobiet, które drogę, na którą właśnie weszłam, już przeszły, stanęły razem ze mną, ramię w ramię, przeciwko rakowi. Każdy dzień kończyłam zaglądając na forum i szukając tam ukojenia w lękach, ale przede wszystkim znajdując zrozumienie. Idąc na kolejne badania czy konsultacje czasami wręcz namacalnie czułam wsparcie amazonek. Wiedza, którą się ze mną obficie dzieliły nowo poznane na forum koleżanki, była nieoceniona. To dzięki nim dowiedziałam się o procedurze węzła wartowniczego, i to dzięki tej wiedzy mogłam aktywnie zawalczyć o taki proces dla siebie.

Po miesiącu od dnia mammografii byłam już po mastektomii. Zaczął się kolejny etap. Czas oswajania się z okaleczonym ciałem był dla mnie bardzo trudny. Nie mogłam przyzwyczaić się do protezy. Uwierała mnie, odparzała, przesuwała się, była ciałem obcym. Nie mogłam polubić biustonoszy dla amazonek, wydawały mi się brzydkie, tak bardzo różne od bielizny, którą nosiłam wcześniej. Ale, co chyba najważniejsze, przede wszystkim nie mogłam polubić siebie, a raczej swojego okaleczonego ciała.

Trudności również nie omijały moich relacji z przyjaciółmi. Problemy z którymi się mierzyłam, nie były problemami, w których mogli mi towarzyszyć dotychczasowi znajomi. Większość z nich zerkała na mnie z przestrachem w oczach, a ich pytania typu: ‘i jak się czujesz?’ powodowały we mnie eksplozje złości. Na tak zadane pytanie nie bardzo potrafiłam odpowiadać. Bo co powiedzieć, aby być zgodną z prawdą? Że fizycznie jest dobrze, natomiast tak naprawdę dramat rozwija się w emocjach? Bo moje życie nagle straciło poprzedni sens, natomiast nowy się jeszcze nie wyłonił. Część z moich znajomych zaczęła postrzegać mnie jak dziwaczkę, którą ‘straszna choroba’ zmieniła w odludka, lub milczka. A ja cierpiałam jeszcze bardziej, bo rak, którego fizycznie ze mnie wycięto, nadal toczył moją duszę. Gdy chodziłam ulicami wszędzie widziałam kobiety z pięknymi dekoltami i czułam zwykłą zazdrość. Gdy szłam na basen przeżywałam katusze z powodu skrępowania przy przebieraniu się. Gdy po mastektomii wróciłam do zajęć sportowych, na sali treningowej musiałam bardzo pilnować, aby wszędobylska proteza nie wysunęła się poza dekolt sportowej bluzki, nie wspominając o tym, że ‘amazońskie’ biustonosze nie są przystosowane do uprawiania sportu. Wszystkie bluzki i sukienki „sprzed raka” oddałam, kupowałam tylko wysoko zabudowane, w których miałam uczucie duszenia się. Oddałam również wszystkie moje ukochane biustonosze z czasów ‘przed rakiem’. Pamiętam, jak połykałam łzy pakując torbę do oddania. Trudno było podczas spotkań towarzyskich – czułam się inna, jakby gorsza. Jakby rak coś we mnie w środku na stałe zmienił. Jakbym przestała pasować do świata ludzi zdrowych.

Nikt spoza środowiska amazonek nie był w stanie zrozumieć tego, co przeżywam. Najczęściej słyszałam: ‘nie przesadzaj, najważniejsze, że żyjesz’.

Oczywiście, że tak. Oczywiście, że to było najważniejsze. Ale ja ciągle tak bardzo pragnęłam odzyskać samą siebie sprzed choroby. I ciągle cierpiałam, bo się nie udawało.

Zmiana we mnie, abym znowu mogła być szczęśliwa, była najdłuższą zmianą i najbardziej bolesną.

Oczywiście przeżyłam wielką ulgę w momencie, gdy się dowiedziałam, że poza mastektomią nie będę miała żadnego innego leczenia. Że systematyczne wykonywanie badań uratowało mi tak naprawdę zdrowie. Ominęła mnie chemia, ominęła hormonoterapia, ominęły problemy z opuchlizną po usunięciu węzłów chłonnych.

Moje spotkanie z rakiem było nadzwyczaj delikatne… Gdybym nie miała takiej pani ginekolog, gdyby nie była taka uparta, gdybym jej nie słuchała, gdybym się nie badała…. Ta historia mogła mieć inne zakończenie.

 

Czas zmiany

Na układaniu siebie życia na nowo minęły kolejne 2 lata. Zdecydowałam się na podjęcie trudnego procesu psychoterapii. Dzięki osobie, niezwykle profesjonalnej, do której trafiłam, mogłam powoli mierzyć się ze swoimi wewnętrznymi demonami, ale też uczyłam się sobie wybaczać. Za to, że zachorowałam na raka również.

To był czas, którego potrzebowałam, aby dojrzeć do rekonstrukcji piersi. Wahałam się, ponieważ decyzja o bolesnej operacji, w dodatku takiej, która nie jest operacją ratującą życie, a jedynie poprawiającą komfort życia, nie jest prosta.

Istotne jest również to, że oprócz koleżanek z forum, nie miałam innych sojuszników optujących za rekonstrukcją. Rozmowa z moim lekarzem prowadzącym na ten temat nie była ani miła, ani twórcza, w dodatku zostałam potraktowana protekcjonalnie. Najwyraźniej dla lekarza temat rekonstrukcji nie był tematem wartym uwagi, a mój dyskomfort był jedynie ‘fanaberią’. Mój mąż, wyrażając w ten sposób swoją troskę o mnie, również twierdził, że rekonstrukcja nie jest do niczego potrzebna.

Ale była potrzebna. Mnie. Dla mojego samopoczucia i poprawienia komfortu życia.

 

Czas ‘po’

Dziś jestem zrekonstruowana amazonką.

Nie mogę powiedzieć, że przygoda z rakiem się skończyła. Ona trwa. Każdego dnia, gdy spoglądam rano w lustro, powtarzam sobie: jest dobrze. Każdego roku, gdy z drżeniem wykonuję badania kontrolne, powtarzam sobie: dam radę.

I staram się żyć pełniej, lepiej. Bo wiem, że życie jest bardzo kruchym darem, który każdego dnia może być odebrany.

Rak mnie zmienił. Zmienił moje patrzenie na świat, zmienił mój stosunek do marzeń. Już nie czekam z ich realizacją w nieskończoność. Po prostu wcielam w życie kolejne swoje pomysły: na rozwój – podejmując kolejne szkolenia, na podróże – ciągle planując kolejne wyprawy po świecie, na pełne życie, które jest tak piękne.

To co się jeszcze zmieniło, i co jest niezwykle ważne, to moje podejście do zdrowia i do dbania o nie. Świadomie zmieniłam swój styl życia, swoją dietę, swoje myślenie o sobie. To już nie jest coroczna akcja polegająca na wykonywaniu badań, choć te są w dalszym ciągu ważne, ale codziennie wcielane w życie zachowania pro-zdrowotne.

Ciągle się uczę dostrzegać każdego dnia to, co naprawdę jest niezmienne – że życie to nieustająca przygoda, która trwa. I tylko ode mnie, moich decyzji, zależy, czy dane mi chwile będą pełne pasji i szczęśliwe.

ptaszyna                                                 ptaszyna

Mam na imię Renata, mam 52 lata, od 3 lat jestem amazonką.

 

Diagnoza

W październiku 2011 r. jak zwykle poszłam na rutynową kontrolę lekarską na jaką chodzę zawsze raz w roku. Lekarz zrobił usg piersi. W badaniu wyszło, że mam dwa guzki, jeden ok. 7 mm, ale zapewniał mnie, że to nic groźnego i wyznaczył kolejny termin wizyty kontrolnej za pół roku, mieliśmy je obserwować.

Uspokojona wróciłam do codziennych spraw i tak minęły kolejne miesiące. Gdy zbliżał się termin, kiedy powinnam się ponownie zgłosić do kontroli, okazało się, że mojego lekarza nie ma. Postanowiłam nie czekać i zarejestrowałam się do innego ginekologa. Na wizycie pani doktor, po wykonaniu usg stwierdziła, że guz jej się nie podoba i przy mnie zarejestrowała mnie do poradni w Rzeszowie na biopsję i mammografię.

Badania udało mi się wykonać błyskawicznie – w ciągu 3 dni. Bardzo szybko też były wyniki tych badań. W mammografii nic konkretnego nie wyszło. Nie było widać na niej mojego guza. Co innego w wynikach biopsji. Wykonałam ją 19 października 2011 r. W trakcie BAC-u lekarze dyskutowali, że ten guz się im nie podoba, nie dobierałam sobie tego do głowy, byłam przeświadczona że jest ok. Nawet sugestia żebym osobiście przyjechała po wyniki, bo konsultację mam za darmo, nie wzbudziła mojej czujności. Stałam pod gabinetem lekarza czekając na swoją kolej, trzymając w ręce wyniki badań. Rzuciłam okiem, ale się nie zagłębiałam, co jest tam napisane, wszystko było po łacinie.

Kiedy weszłam  …. dostałam obuchem w łeb. „Z tym wynikiem proszę się zgłosić do Poradni Onkologicznej i to jak najszybciej”– usłyszałam od lekarza. Zapytałam wprost: „Czy to jest rak?” Lekarz odpowiedział: ”Tak, to jest rak, ale dokładnych informacji udzieli pani lekarz onkolog”.

Wizytę lekarską na której dowiedziałam się, że mam raka, zniosłam w gabinecie przy lekarzu dobrze, „wzięłam to na klatę”. Znacznie gorzej było gdy wyszłam z gabinetu. Poszłam do zaparkowanego niedaleko samochodu, wsiadłam i siedziałam w nim przez pół godziny po prostu wyjąc i paląc jednego papierosa za drugim. Szok był niewyobrażalny, nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę, że usłyszałam od lekarza to, co usłyszałam. Po wyniki z biopsji jechałam do Rzeszowa jak po wiele innych, nie miałam żadnych złych przeczuć.

Gdy tak siedziałam płacząc w samochodzie pierwsze, co mi przyszło do głowy to właśnie pytanie: „Dlaczego właśnie mnie się to przydarzyło?” Mam na opiece rodziców. Mama jest po udarze, całkowicie niesprawna, tata w podeszłym wieku również wymagający pomocy. I w tym wszystkim ja …. z rakiem.

Wybrałam szpital w Rzeszowie i zarejestrowałam się w poradni na pierwszy wolny termin – 8 listopad 2011. Na wizycie pani doktor, po obejrzeniu wyników badań z biopsji, powiedziała, że przy tych wynikach będzie to raczej operacja oszczędzająca. Dostałam skierowanie na szereg badań przed operacją: usg jamy brzusznej, rtg klatki piersiowej. W tych badaniach wyszła zmiany, tym razem w płucach. Na szczęście kolejne badania wykluczyły, że jest to następny nowotwór. Zmiany w płucach były efektem przebytych przeziębień.

Przed operacją, podczas konsultacji u onkologa zaproponowano mi dwie opcje operacji: operację oszczędzającą oraz pełną mastektomię. Przy czym lekarz wytłumaczył mi, że zabieg oszczędzający przy moim typie nowotworu nie jest wskazany, tym bardziej przy małych piersiach. Mój guz nie był duży – ok. 7 mm. Wybrałam pełną mastektomię, aby zyskać wewnętrzny spokój, że zrobiłam wszystko..

 

Szpital

Ustalono mi termin przyjęcia do szpitala i operacji. 19 grudnia zgłosiłam się do szpital, a 21 grudnia byłam operowana. Po wybudzeniu z narkozy miałam jedną myśl: „Jak dobrze, że jestem już po operacji”. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem, paradoksalnie bardzo chciałam tej operacji.

Tuż po operacji miałam zadziwiająco dobre samopoczucie: nic mnie nie bolało, dobrze się czułam. Prosiłam niedługo po wybudzeniu z narkozy, żeby przewieźli mnie z pooperacyjnej sali na zwykłą.

Bardzo się cieszyłam, że mam to za sobą. Jedyny dyskomfort jaki czułam to ograniczona ruchomość ręki związana z tym, że dren wrósł mi w ciało.

Wyszłam dokładnie 24 grudnia po południu. Ze szpitala odebrał mnie brat, pojechaliśmy do rodziców, a potem zawiózł mnie do domu, tęskniłam do Soni, to było pierwsze nasze rozstanie.

Będąc całe życie „Zosią Samosią”, na kolację wigilijną pojechałam swoim samochodem, bez wspomagania kierownicy.

I tak się wszędzie sama woziłam, po wyniki, do onkologa, na ściąganie chłonki do Rzeszowa, na ściągnięcie szwów, wszędzie. 13 stycznia 2012 roku odebrałam w szpitalu wyniki histopatologiczne. Cały czas byłam podszyta strachem, jak to wszystko ogarnę? Co z pracą? Jestem księgową w prywatnej firmie i dodatkowo był to trudny okres, zamykanie starego roku i nowy. Nikt nie będzie czekał na mój powrót 6 miesięcy, gdzie znajdę potem pracę? Musiałam zagrać w otwarte karty i na właściciela po rozmowie padł blady trach. Doszliśmy do porozumienia, że będę cały czas pracowała i dostanę wolne na wyjazdy na leczenie.

Musiałam z całą rzeczywistością radzić sobie sama, jestem i byłam cały czas singielką, więc mogłam liczyć tylko na samą siebie. Rodzeństwo było rozsiane po świecie, w tej sytuacji miałam jeszcze na opiece moich rodziców do których często jeździłam.

Pierwszą chemię wzięłam 25 stycznia 2012r., wtedy dowiedziałam się, że po 2 tygodniach wypadną mi włosy, więc zabezpieczyłam się w perukę. Nie było źle. Trochę mdłości, kiepskiego samopoczucia, ale ogólnie nie było na co narzekać. Przez 3-4 dni czułam się gorzej, a potem powoli wracałam do formy i do pracy.

Ogółem miałam dostać 4 cykle chemii AT. Wzięłam 3, a przy 4 cyklu dowiedziałam się, że zabrakło chemii. To był czas (wiosna 2012) kiedy w całej Polsce były braki w podawaniu pacjentom chemii. Pocieszałam się tym, że to ostatnia a nie pierwsza chemia, której nie dostanę.

Dostałam zlecenie na 25 naświetlań. Rozpoczęłam je pod koniec kwietnia 2012 r. Tryb funkcjonowania miałam na najbliższe 1,5 miesiąca ustalony: rano jechałam do Rzeszowa na naświetlania, po nich wracałam do Dębicy i szłam do pracy. I tak na kursowaniu między Dębicą i Rzeszowem upłynął mi cały maj.

 

Koniec

Wsparcie psychiczne, które miałam od kolegów i pracodawcy było bezcenne. Gdy szłam do pracy, w pewnym sensie ładowałam akumulatory, poprawiałam swoje samopoczucie tym że byłam wśród ludzi i że byłam potrzebna, pracowałam, żyłam.

W całym okresie swojej choroby nie miałam głowy do szukania wsparcia amazonek, zresztą też nikt mi nie podpowiedział, że jest klub w moim mieście.

Chwilami nie mogłam także zrozumieć podejścia rodziny, do tego że byłam łysa. Największy problem mieli z tym dorośli, uważali, że przy dzieciach nie powinnam ściągać peruki czy chustki. Ale to te dzieciaki po rozmowie podeszły bardzo naturalnie do tego. Mogłam u rodziców chodzić zawsze z gołą głową. Tak było mi wygodniej, zwłaszcza, że „mój łysy okres” przypadł na czas wiosny i lata.

Hormonoterapię zaplanowano dla mnie na 5 lat, w czerwcu 2015 minie mi już 3 lata leczenia tamoxifenem.

A po … przewartościowanie swojego życia, już nie pędzę tak jak kiedyś, cieszę się z każdego dnia na ile pozwoli depresja, chciałabym dożyć emerytury, kupić mieszkanie nad morzem i się przeprowadzić.

foto Kela                                                              Kela

Trudno opowiedzieć swoją historię po niemal 10 latach od zachorowania. Niektóre emocje straciły swoją siłę, refleksje zostały wyparte przez nowe, wspomnienia wyblakły. Okruchy tamtych przeżyć znajduję w swoich wierszach, w postach na forum amazonek, na fotografiach. Oto moja krótka podróż w przeszłość.

 

Na profilaktyczne USG piersi , pierwsze w moim życiu, wybrałam się w 2001 roku. Miałam wtedy 35 lat, byłam najmłodsza w kolejce kobiet pod gabinetem lekarza, niektóre panie nawet dziwiły się, że zapisałam się na badanie. W prawej piersi radiolog znalazł torbiel, którą kazał obserwować. Robiłam tak systematycznie co 6 miesięcy, aż do 2005 r. W sierpniu 2005 roku wymacałam guza w miejscu, w którym była do tej pory torbiel. Radiolog polecił wykonać biopsję. W listopadzie znalazłam się w Centrum Onkologii, onkolog zbadał pierś palpacyjnie, zlekceważył wynik USG, w którym było napisane, że w piersi są dwie podejrzane zmiany i odesłał mnie do domu na pól roku bez żadnej dalszej diagnostyki. Dopiero kolejna wizyta w Centrum i spotkanie z innym onkologiem przyspieszyło procedury medyczne. W ciągu jednego dnia przebadano mnie dokładnie – mammografia, mammografia celowana (oho, myślałam, coś jest nie tak), USG i biopsja cienkoigłowa. Za tydzień wynik – w guzie znaleziono komórki rakowe. Zdecydowano, że za miesiąc będę operowana. Świat się dla mnie zatrzymał, z trudem wykonywałam codzienne czynności. Moje myśli krążyły wokół tematu rak, leczenie, statystyki, rokowania, śmierć…Nie myślałam o sobie, myślałam o moich dzieciach, najmłodsze miało wtedy 7, a najstarsze 13 lat. Przygotowania do I Komunii średniego spadły na rodzinę, nie byłam w stanie fizycznie się tym zająć. Czas od diagnozy do operacji jest bardzo trudny, trzeba uporządkować myśli, ujarzmić strach, poradzić sobie z bezsilnością, próbować zrozumieć „dlaczego ja?”

 

Rozjaśnij ten mrok co wokół mnie
ginę w nim
zatapiam się
już nie mam sił krzyczeć o pomoc
już tylko proszę spojrzeniem
o światło
o pokój
już braknie tchu by biec ku dobru
już braknie sił by odpychać cienie
co czepiają się mych ramion

ustaję
milknę
jak ciemno
jak strasznie

boję się

 

W czerwcu 2006 roku amputowano mi prawą pierś, usunięto 19 węzłów pachowych. Nie miałam szans na operację oszczędzającą, ponieważ w mojej piersi „zamieszkały” dwa guzki, w takiej sytuacji wykonywana jest tylko mastektomia. Po operacji zaczęłam powoli odzyskiwać wiarę, nadzieję na życie. Miałam wielkie wsparcie od męża i od przyjaciół. Siłę czerpałam również z modlitwy.

 

PSALM

Biegłam
Przez łąkę
Pijana zachwytem
Upojona szczęściem
Syta młodością
Ty
Byłeś przy mnie

 

Usypiałam dziecko
W kołysce ramion
Zasłuchana w cichy oddech
Zadumana nad cudem życia
Szeptałam: Dar Jahwe
Ty
stałeś obok

 

klęczałam
cicha
przybita
okaleczona
pełna lęku
w szpitalnej kaplicy
Ty
Pochylałeś się nade mną


Płaszcz łaski Twej
Okrywa mnie przed chłodem nocy
Cień skrzydeł Twych
Chroni mnie przed żarem słońca
Dłonie Twe
tulą mnie gdy serce płacze
Nogi Twe
Niosą mnie gdy braknie sił

Majestat Twojej chwały
Nade mną
Mój Boże

 

Postanowiłam, że się nie poddam, że będę walczyć. Z takim nastawieniem zaczęłam chemioterapię. Myślę, że dzięki pozytywnemu nastawieniu przeszłam chemię w miarę łagodnie, nie „sponiewierała” mnie tak mocno, jak potrafi. Jedynym momentem załamania był ten, kiedy zaczęły wypadać mi włosy. Po drugim wlewie „czerwonej” wyjechałam nad morze (za zgodą onkologa). Pragnienie wyjazdu było ogromne i nie chodziło o odpoczynek, raczej o udowodnienie sobie, że życie toczy się dalej utartym torem, że nie muszę rezygnować ze swoich planów, że jest przede mną „jutro”. Przyznaję, że niechęć do sięgania daleko w przyszłość i planowania odległego w czasie pozostała we mnie do dziś.

 

kto mi zabrał tę beztroskę

nieliczenia dni

kto poszarpał obłok marzeń

pokaleczył sny

 

kto odważył się wyburzyć

śmiałych planów gmach

kto w niepewność ubrał jutro

wiosny lata w strach

 

kto zagarnął blask spojrzenia

wykradł uśmiech warg

kto zamienił czas spokojny

w życia smutny targ

 

szukam światła szukam drogi

szukam gdzie mój dom

dach bezpieczny gdzie nadzieja

wiary pewny schron

 

Po roku od mastektomii zdecydowałam się na rekonstrukcję piersi. Właściwie zdecydowana byłam od początku, musiałam tylko poczekać pół roku od zakończenia leczenia. Nowa pierś to kolejny krok ku zdrowiu i „normalności”. Pamiętam, jaką radość sprawiła mi odzyskana możliwość zakupu koronkowej bielizny z cienkimi ramiączkami.

W przyszłym roku minie 10 lat od dnia, w którym usłyszałam: „Ma pani raka”. Czas, który za mną, to dobry czas. Paradoksalnie, rak coś mi dał. Poznałam nowe osoby, amazonki, z niektórymi się zaprzyjaźniłam. Mam dużą amazońską rodzinę. Spotykamy się na forum i w „realu”. Nasze spotkania są pełne radości, zabawy i rozmów. Na moje siostry od piersi mogę zawsze liczyć, na ich wsparcie, zrozumienie.

 

czas

Obłokiem wspomnień

otulona

miniony czas

przywołuję

tyle chwil darowanych

tyle dni i nocy

dziennik wdzięczności

chlubi się maczkiem zapisanych stronic

 

zmarszczką

zapisuję miłość

 

Przewartościowałam swoje życie, staram się cieszyć każdym dniem zgodnie ze słowami Reginy Brett:

” Zapal świece, śpij w lepszej pościeli, włóż elegancką bieliznę. Nie czekaj na specjalną okazję – wystarczającą okazją jest dzień dzisiejszy”

 

Pracuję zawodowo, zajmuję się domem, hoduję warzywa, robię zapasy, chodzę po górach, wyjeżdżam na wycieczki, spotykam się z przyjaciółmi. Żyję pełną piersią, choć bez piersi. Raz na pół roku wykonuję badania, odwiedzam Centrum Onkologii, to daje mi poczucie bezpieczeństwa. Mam świadomość zagrożenia nawrotem, ale nie jest ona podszyta strachem i nie odbiera mi radości życia.

 

Bardzo dziwne pytania

Czy w Twoim niebie Panie

Co ma być moim domem

Zobaczę brzozy złote

W szal zwiewny przystrojone?

 

Czy w progu czekać będą

Gdy z drogi wrócę zmęczona

Wesołe oczy syna

bezpieczne męskie ramiona?

 

Czy blisko tego domu

Kawiarnię znajdę małą?

Tam wejdę z przyjacielem

Przegadam nockę całą

 

Czy to co kocham Boże

Czy tych co kocham Panie

W niebiańskim domu odnajdę

W niebiańskim domu zastanę?

 

Codziennie uczę się sztuki małych kroków, chcę dostrzegać piękno w świecie, który mnie otacza, cieszyć się bliskością rodziny i przyjaciół, czerpać z mądrości zapisanej w książkach, odpoczywać przy dźwiękach muzyki, z doświadczeń wychodzić silniejsza. Chcę cieszyć się każdym nowym wschodem słońca. Cieszę się każdym nowym wschodem słońca.

 

 

po falach

naucz mnie
chodzić po morzu
wierzyć w nieprawdopodobne
sięgać po nieosiągalne
pokonywać trudne
nadzieją rozjaśniać ciemność
ufnością odganiać niepewność
miłością podsycać siłę

bez lęku
kroczyć po falach życia